RODZINA ROZGRZANA DO CZERWONOŚCI


Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
10 maja 2017


Z rodziną mamy (przynajmniej teoretycznie) najbliższe relacje. Miłość do rodzeństwa czy rodziców jest niejako naturalna, jednak wzorce, które mamy w domu często odbiegają od ideału. Przekłada się to na związki, które później tworzymy sami, często powtarzając (nawet nieświadomie) znane, choć niekoniecznie dobre schematy. O takiej rodzinie nieidealnej opowiada najnowsza realizacja Teatru Ludowego: „Kotka na gorącym blaszanym dachu", wyreżyserowana przez Jacka Poniedziałka.

Spektakl zaczyna się liryczną, niemą sceną, w której zawodnik rugby wchodzi w smugę białego światła. Z góry spada mu pod nogi piłka, a on rozpoczyna delikatny, niemal baletowy taniec wokół niej. Hipnotyzujące, miękkie ruchy aktora prowadzą do powolnego zdjęcia z siebie stroju rugbysty – ostatecznie staje przed nimi prawie nagi mężczyzna. Symboliczna scena robi niezwykłe wrażenie.

Następnie scena rozświetla się i widzimy, że scenografię tworzą koliste karnisze, które podtrzymują szare, zwiewne zasłony. Na ich tle pojawia się kobieta i przywozi ze sobą wieszak z zestawem ubrań. Maggie przebiera się, rozmawiając jednocześnie z mężem, który dzięki obrotowej scenie wjeżdża, rozłożony na kanapie. Maggie pragnie bliskości, kulawy w wyniku kontuzji i zamknięty w sobie Brick ucieka w alkohol. Powietrze zaczyna pachnieć patologią.

W spektaklu zwraca uwagę dopracowanie go w szczegółach – zarówno jeśli chodzi o kostiumy, jak i scenografię czy muzykę: wszystko doskonale ze sobą współgra. Nie ma tu niepotrzebnych scen czy zbędnych elementów. Jednak w tej czystej, estetycznej przestrzeni jest dużo miejsca, ukrytego za półprzepuszczalnymi zasłonami charakterów. Tylko Brick wie, jak ważny był dla niego nieżyjący przyjaciel Skipper; Dużemu Tacie jest wstyd, że nie potrafi dotrzeć do syna, a Maggie kocha człowieka, który jawnie jej nienawidzi. Nie ma tu prostych rozwiązań ani prostych odpowiedzi, a wielu rzeczy możemy się tylko domyślać.

Ciekawym zabiegiem jest to, że spektakl zaczyna się na scenie, ale akcja dzieje się również wśród widowni. Aktorzy wychodzą właściwie ze wszystkich stron, przechodząc między fotelami widzów. Tylko rodzinne, intymne rozmowy odbywają się na scenie – impreza urodzinowa Dużego Taty (świetny Kajetan Wolniewicz) dzieje się gdzieś w przestrzeni wspólnej widzom i aktorom. Jednak ojciec Bricka wcale nie zamierza być uprzejmy i grzecznie świętować. Nie przebierając w słowach wyrzuca z siebie pretensje do rodziny, która uznała go za zmarłego ze względu na widmo choroby.

Atmosfera gęstnieje, zapada noc. Pusta scena zalana jest bezgłośnymi wizualizacjami fajerwerków jako zwieńczenia dnia urodzin Dużego Taty. W tym czasie niemal niepostrzeżenie zmieniona jest scenografia. Znikają szare zasłony, a koliste karnisze powoli lądują na scenie. Na jasnoróżowym horyzoncie widzimy konstrukcję odchylonego prostokąta. Na tym tle odbywa się ostatnia rozmowa w rodzinnym gronie. Ze sceny wyziewa ostateczny dramat, niemoc i groteska.

W końcowym fragmencie scenografia może sugerować, że wszyscy (nie tylko niezaspokojona Maggie) siedzą na tytułowym gorącym blaszanym dachu. Wyczuwa się nerwowość, szczególnie ze strony brata Bricka i jego żony. W powietrzu wisi spisek ze strony Coopera – Matka jednak zszokowana informacją o prawdziwym stanie zdrowia męża nie chce słyszeć o żadnych pochopnych działaniach. Sytuacja jest skrajnie patowa i taka już pozostanie. Rodzina jawi się teraz jako stado hien, które tylko czeka na pieniądze. Podpity Brick, zdesperowany Cooper z żoną, zrozpaczona Matka oraz próbująca ratować sytuację Maggie – cała grupa świetnie zarysowanych, groteskowych postaci, która nie może poradzić sobie z tym, co dzieje się wokół nich i co właściwie powinno ich do siebie zbliżyć.

Największym rozczarowaniem tego spektaklu jest to, że... trwa tak krótko. Niewiele ponad godzinny spektakl zawiera mnóstwo emocji, którym dajemy się ponieść. Jesteśmy jednocześnie rozbawieni, jak i zmieszani, bo nawet w nieprzyjemnych momentach jest tu miejsce na humor. Historia urywa się nagle i pozostawia nas z poważnym niedomówieniem. W momencie, w którym cali jesteśmy już w skomplikowanym świecie, nękanej dramatami rodziny, musimy wrócić do naszego normalnego życia. Natomiast Jacek Poniedziałek w swej realizacji „Kotki na gorącym blaszanym dachu" sprawia, że będziemy mieć o czym myśleć nie tylko tego wieczoru. Spektakl prowadzi nas do refleksji na temat roli drugiego człowieka w naszym życiu. Plątania się w osobiste układy, które prowadzą nas do szaleństwa lub śmierci. Pyta też o cel założenia rodziny – czy duża ilość dzieci ma być gwarantem dostatniego życia i odziedziczenia rodzinnego majątku? Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na prawdziwe emocje?


facebook twitter youtube blog