SUBIEKTYWNY SPIS AKTORÓW TEATRALNYCH


 

Edycja dwudziesta piąta
wrzesień 2017

 

Stałem na scenie, dzierżąc w ręku statuetkę Krzysztofa M. Bednarskiego, znak plastyczny Nagrody im. Konstantego Puzyny, przebijałem wzrokiem świecące po oczach reflektory i z trudem wierzyłem w to, co widzę. Przepastne audytorium Wrocławskiego Centrum Kongresowego nabite było po horyzont. Jak na rockowym koncercie. Ale to nie był koncert. No, w pewnym sensie był: mieliśmy aktorski koncert wyimków scen i ról z dawnych, właśnie wywalonych z afisza spektakli, połączony z wręczeniem nagrody przyznanej przez „Dialog”. A tłum przyszedł nagrodę symbolicznie odebrać. Miał prawo, był jednym z jej zbiorowych laureatów. Nagroda, przypomnę, przypadła „aktorkom, aktorom i publiczności wrocławskiego Teatru Polskiego protestującym w obronie wartości artystycznych wypracowanych w ostatnich latach i niszczonych na skutek błędnych decyzji administracyjnych”.

To nie była podniecona publiczność teatru gwiazd żądna naoglądania się na żywo ulubieńców z obrazka. To nie była publiczność branżowa z teatrów, do których „się jeździ”, gdzie wszyscy mądrale na widowni znają się z widzenia i macerują się we własnym sosie, niczym ogórki małosolne. To nie była śliczna publiczność scen komercyjnych, traktująca wyjście do teatru jako kulturalny dodatek do kolacji z prosecco. To była publiczność niemożliwa, a jednak istniejąca. Czynem wspierająca aktorów tracących swój teatr, tracących to, w co wierzyli, więcej, w co wierzyć nauczyli właśnie swoich widzów. A trafili na pierwszą linię frontu wojny o tę wiarę. Jakoś sami, choć to niesprawiedliwie brzmi: słów i czynów poparcia mieli zewsząd mnóstwo. Ale z daleka. Ich dyrektor poszedł w politykę, przedtem na barykadzie zrobił sporo głupstw. Reżyserzy, ptaki przelotne, owszem, wspomagają Teatr w Podziemiu, ale tak naprawdę odfrunęli robić swoje gdzie indziej. Z zespołu też część zwiała; ta, która mogła. A ci, którzy nie mogli – z różnych przyczyn – zostali sam na sam z chronionym politycznie psujem, ogłupiałym aktorem źle grającym rolę dyrektora, ex-kolegą, który dawno, dawno temu naprawdę dobrze się zapowiadał. Nie ma powodu jego osobą zbyt długo zaśmiecać tego przeglądu.

Teatr jest sztuką iluzji, w sensie dosłownym – na scenie buduje się iluzja jakiejś rzeczywistości – ale i w sensie szerszym: ludzie sceny i ci, którzy wokół niej krążą, nieustannie tworzą, wszyscy tworzymy sobie iluzje tyczące na przykład miejsca i wagi teatru w świecie pozascenicznym. To są często złudzenia ponad stan. I niewiele jest momentów takich, jak ten kwietniowy wieczór opodal Hali Stulecia, które dają rzeczywistą pewność mocy i znaczenia sztuki w życiu. To spotkanie aktorów z widzami było krystalicznie, nieskazitelnie bezinteresowne. Nie było w nim kalkulacji, co najwyżej nadzieja. Słabnąca zresztą. Nie było sensacyjnej otoczki, żadnego, nazwijmy to tak, wiecowego podniecenia, w najszerszym (także pozytywnym) rozumieniu. Tłum ludzi przytarabanił się z całego Wrocławia, by po prostu dać świadectwo, że teatr, który mieli, był im potrzebny a został żal, że go nie ma. To jeden z najwspanialszych bukietów kwiatów dla ludzi sceny, jaki widziałem w życiu. Złożony w ręce aktorów. Najwłaściwsze ręce.

Dwudziesty piąty raz zbieram z całego sezonu notatki o robocie aktorskiej. Subiektywne, skażone niepełnością, bo mnóstwa ról, które mogły być świetne, ba, o których wiem z relacji, że były świetne, po prostu nie dałem rady zobaczyć. Nadzieje, surf po fali, zwycięstwa, mistrzostwa, czasem wątpliwości, kategorie stosowane według reguł obowiązujących już od, rany boskie, ćwierćwiecza. Powiem nieskromnie, że chyba się nie zestarzały. Bo i nie mogły: istota aktorstwa pozostaje niezmienna w dużo większym stopniu, niż się to apologetom postępu w sztuce wydaje.

 

Tadeusz Łomnicki [na fali]

Zlikwidował literkę „P.”, która wstawiona między imię i nazwisko odróżniała go dotąd od giganta polskiej sceny XX wieku. Co mu, cholera, szkodził ten inicjał? Coś odbiera tym sposobem, pewnie niechcący, nam, którzy pamiętamy tamtego potwora zżerającego całą scenę swym nienasyconym talentem. Nie jest tak zachłanny w graniu, raczej powściągliwy. Może nadto – choćby w gorzkim i niebanalnym a jakby niedoreżyserowanym i niedogranym sequelu Gogola „Rewizor. Będzie wojna”, który napisał Artur Pałyga, a wystawił macierzysty, krakowski Ludowy. Jego Horodniczy patrzy z przerażeniem i rezygnacją na drugie przyjście rewizora, teraz już z mandatem na rządzenie i z manierami, które nawet staremu wycirusowi polityki zdają się nie do zdzierżenia. Trochę brakuje pieprzu temu portretowi nowych czasów. Nie brakuje za to brawurowo absurdalnego humoru w widowisku Krzysztofa Niedźwiedzkiego „Stroiciel grzebieni” w KTO; ach, ten ekscentryczny księżulo każde zdziwienie światem kwitujący zaaferowanym „A niech to chudy Mojżesz…”

 

Piotr Pilitowski [zwycięstwo]

Arnold Friedman został przyłapany na gromadzeniu dziecięcej pornografii, a oskarżono go i skazano za orgie z młodymi słuchaczami kursu komputerowego. Był winny? Chyba nie, ale pewności nie ma, a jego tytułowe tajemnice („Sekretne życie Friedmanów”, Ludowy, Kraków) są wystarczająco śliskie i plugawe jeśli nawet nie przestępcze. Majstersztyk: zagrać oskarżonego tak, żeby nawet pół-gestem nie żebrać współczucia, ale i nie heroizować poświęcającego się (czy na pewno?) ojca rodziny. Wysyłać sprzeczne sygnały zdatne do interpretacji w każdą stronę. Niemal w każdej chwili mówić widzowi: nie sądź mnie, nie wiesz, kiedy kłamię, nie bądź taki pewny siebie i tak wszystkiego nie zrozumiesz. To biegnie oczywiście wbrew elementarnemu instynktowi aktora zawsze chcącego iść na scenę z wewnętrzną jasnością na temat postaci. Ale w dużej mierze właśnie dzięki tej żelaznej dyscyplinie aktora spektakl Marcina Wierzchowskiego, cichy/potężny protest przeciw nałogowi ferowania wyroków niechby i z ewidentną krzywdą, jest jednym z najjaśniejszych punktów minionego sezonu.

 

 

 

Jacek Sieradzki wrzesień 2017

pełny tekst dostępny na stronie e-teatr

 


facebook twitter youtube blog