MÓJ 1987

I znów przenieść się chcę w głąb czasu, choć bardziej punktowo tym razem. Rok 1987, przepołowiony moimi 11. urodzinami. Toruń. Czwarta i piąta klasa podstawówki. Przestrzeń polityczna i społeczna nie istnieją w moim 11-letnim życiu. Świat kręci się wokół szkoły, podwórka, kościoła i miłości. Co pamiętam?  

 

W szkole królują „Złote myśli” (ZM).  Dla tych, których tam nie było: ZM to zeszyt zaopatrzony w rodzaj rozbudowanego kwestionariusza osobowego. Zeszyt wręczało się tym koleżankom i kolegom, na których nam zależało. Dostać ZM od kogoś stanowiło niezbywalny dowód akceptacji i przynależności. ZM to przeciętnie 20-30 pytań typu "Jaki jest twój ulubiony kolor?", "Co myślisz o (i tu nazwisko kogoś, kogo nie lubimy)?” albo "Którego Robin Hooda wolisz: starego czy nowego? (co odnosiło się do serialu Robin z Sherwood  z Michaelem Praedem w pierwszym i Jasonem Connery’m w drugim sezonie). Respondenci pisali swoje odpowiedzi na kartce, którą wsuwali pomiędzy dwie sklejone strony zeszytu. Tajemnicą poliszynela, nawet dla 11-latków, było, że ZM istniały wyłącznie po to, by podsuwać je wybranym osobom płci preferowanej w celu wybadania terenu i minimalizacji ryzyka odrzucenia.  Chcąc (być może) zamaskować pytania kluczowe ("Kto ci się podoba?", "Z kim chciałabyś chodzić?" etc.), stworzyłem, pamiętam, kwestionariusz składający się ze 150 pytań. Ich ilość robiła wrażenie, ale nigdy nie przełożyła się na bliskość fizyczną. Zresztą i tak moja wieloletnia - i nigdy niespełniona - podstawówkowa miłość, Monika K. (pieprzyk a la Marylin Monroe), na początku czwartej klasy wyjechała do RFN i tyle ją widzieli. Do wakacji moje serce pozostanie więc przy przypominającej M.K. niezidentyfikowanej  bohaterce „Careless Whispers” Wham! oraz boskiej Madonnie z „Material Girl” . Obie przedstawił mi Marek Szewczyk w nadawanej w TVP2 Wideotece. 

 

Moimi przyjaciółmi w tamtym czasie są ludzie, z którymi teraz kontakt mam cokolwiek sporadyczny. Wśród nich najważniejszy jest Jacek L., starszy ode mnie o dwa lata kolega z sąsiedniej klatki. Różnica wieku jest ważna - jego pasje przechodzą na mnie. Podobnie jak on marzę więc o tym, by być prezenterem dyskotekowym. Co tydzień kupuję TiM, na którego ostatniej stronie publikowana jest Top 30 polskich disc jockeyów  (a na stronie przedostatniej -  półnaga modelka). Przywieziony rok wcześniej z wakacji w Bułgarii zeszyt - niestandardowy format, buraczkowa okładka - przeznaczam na własną listę przebojów. Obowiązuje jedna zasada: żeby jakiś utwór trafił na naszą listę, musimy mieć jego nagranie (przynajmniej w trzech czwartych). Siedzimy więc w piątki i niedziele przy radiu - on przy Kasprzaku, ja przy Grundigu - z palcami na czarnym „play” i czerwonym „record”, gotowi nagrywać wszystko, co tylko puszczą. Wszystko zapisujemy. Własne notowania sporządzamy co tydzień, w poniedziałek, i wymieniamy się nimi telefonicznie, ilustrując obficie fragmentami muzycznymi. W poniedziałkowe popołudnia '87 dodzwonić się do nas nie sposób. 

 

 

Równolegle - również za sprawą Jacka - kwitną we mnie marzenia filmowe. Zainspirowani lekcją polskiego poświęconą scenariuszom filmowym (i wspomnianym już Robinem z Sherwood), zaczynamy pisać scenariusz o Robin Hoodzie i postanawiamy nakręcić go wirtualną kamerą. Pierwszego - i jedynego - dnia zdjęciowego realizujemy scenę, w której siedzący na drzewie zwiadowca szeryfa Nottingham zostaje trafiony strzałą i spada na ziemię, martwy.    

 

Wakacje ’87 spędzam w ośrodku wypoczynkowym Polmozbytu w Borach Tucholskich. Tam poznaję drugą wielką - i ponownie nieodwzajemnioną - miłość mojego życia, Agnieszkę A. Jest kilka lat starsza ode mnie, jest z Gdańska. Po powrocie z wakacji rozpoczniemy korespondencję, która przetrwa przez co najmniej przez rok. W zielonym portfelu noszę jej czarno-białe zdjęcie legitymacyjne. Do swoich listów staram się zawsze dodać historyjki z tzw. donaldów, które ona kolekcjonuje. Jej ulubioną piosenkarką jest Suzanne Vega, więc „My Name Is Luka” utrzymywać się będzie na szczycie mojej listy przez rekordową liczbę tygodni. 

 

Tyle, przy odrobinie wysiłku, powraca do mnie. Tylko tyle czy aż? Dlaczego akurat to? Czemu trzymają się mnie wszystkie te nazwiska osób, których nawet na naszejklasie nie da się odnaleźć. Na ile wiarygodne są moje wspomnienia? Czy fakt, że zarówno „Material Girl”, jak i „Careless Whispers” pochodzą z roku 1984, rzuca cień na wiarygodność tej narracji? Czy to Szewczyk nadał je w Polsce tak późno, czy raczej zlały się z wydarzeniami późniejszymi? Jakie listy pisałem do A.A.? Czy Jacek L. wspomniałby Top 30 tak samo jak ja? Ile prawdy jest w tym, co pamiętam? I jak to jest, że prawda emocji potrafi rozmijać się z prawdą wydarzeń/faktów? 

 

Co pamiętasz z 1987? Czy pamiętasz listopad tamtego roku? Co działo się w Twoim życiu, kiedy rodzina Friedmanów stawała na skraju przepaści? 

 

18.10.2016 / Marcin Wierzchowski

#sekretneżyciefriedmanów

Komentarze