GRZEBIEMY W LATACH 80-TYCH

 

Grzebiemy w latach 80-tych. Podróżujemy w czasie i przestrzeni. W mojej pamięci to czas kartek żywnościowych, pięciocyfrowych numerów telefonów, Sofixów, Kaszpirowskiego, Commodore 64, teledysków w Wideotece Szewczyka, piątkowej listy przebojów w Trójce (Niedźwiedzki) i niedzielnej w Dwójce (Fabiański), „Bajtka” i „Detektywa” w kioskach „Ruch”. Youtube wspomaga pamięć bogactwem drobiazgów:

Ale sceną wydarzeń, którymi w SEKRETNYM ŻYCIU FRIEDMANÓW się zajmujemy, jest Great Neck, NY, USA, więc nostalgii podróży rodzimych przeciwstawiamy eksplorację tego, co wówczas było dla większości z nas snem, o który ocieraliśmy się, oglądając Miami Vice. Bo gdy w Polsce ekscytowaliśmy się Polo Cocktą, za Wielką Wodą zaczynała się właśnie nowa era: Apple, walkmeny, pierwsze telefony bezprzewodowe, internet…

Trafiam na gazetową reklamę jednego z pierwszych komputerów Apple’a. Reklama obfituje w słowa: rewolucyjność idei posiadania komputera osobistego należało, widać, uzasadnić. Tekst reklamowy otwiera pytanie: „Kim trzeba być, by mieć własny komputer?” Odpowiedź została wytłuszczona, by nie zgubiła się wśród werbalnych zderzeń anachroniczności z progresywnością: trzeba być mądrym. Bo jeśli czas dla ciebie to pieniądz, to teraz (z Apple) lepiej go wykorzystasz. W epoce specjalistów ci, którzy naprawdę osiągają sukces, trzymają się z dala od odtwórczej harówy. Apple ma być trampoliną do sukcesu, nowoczesności i niezależności: bo zarządza danymi, liczy, pamięta, przetwarza informacje i drukuje raporty. Czego więcej chcieć za niecałe 2500 dolarów?

 

 

W historii rodziny Friedmanów komputery odegrały istotną rolę. Jedną z głównych scen tragedii jest domowa sala komputerowa. Zachowało się jej zdjęcie z tamtego czasu:

 

Na stołach pracowni stoją Commodore PET 2001. Commodore to przedsionek marzeń o Apple’u. Albo - mówiąc inaczej - Apple jest pachnącą sukcesem obietnicą dla tych, którzy złapią bakcyla na Commodore. Trzeba było nie lada refleksu i/lub szczęścia, by załapać się na prywatny kurs komputerowy do nauczyciela roku, Arnolda Friedmana. W tygodniu - po lekcjach - przychodziły dzieci, wieczorami i weekendami dorośli. W zamożnym Great Neck nikt nie chciał pozostać z tyłu. Anachroniczność była dla lamusów.

 

 

#sekretneżyciefriedmanów
video/ Marcin Wierzchowski
 

Komentarze