Ota Pavel Salto w tył reż. Maćko Prusak

Scena:
Duża Scena
Czas trwania:
1h 50 min (bez przerwy)
Cena:
normalny: 45 pln , ulgowy: 35 pln

O spektaklu

Na podstawie "Bajki o Raszce i innych reportaży sportowych"
A przecież powszechnie wiadomo, że nawet ci najbardziej głusi na pieśni stadionów, nierzadko dają się zauroczyć relacjom zdawanym przez komentatorów sportowych – „królów" odkrywczej metafory, zaskakującej dygresji i niebanalnej puenty. Niejeden poeta może tylko pomarzyć o takiej nieśmiertelności swoich sentencji, jaką zagwarantowały sobie wyrzucane pod wpływem niezrównanych emocji zdania mające się nijak do ogólnie panujących zasad gramatycznych i niecechujące się przesadną elegancją stylu. Sport jest w stanie zachwycać, a tych których nie zachwyca, wybitny komentator sportowy swoją soczystą narracją jest w stanie przekonać, że jednak zachwyca. Opisy zmagań sportowych, historie o zwycięstwach i biciu rekordów to coś więcej niż tylko czysto techniczne rozważania o możliwościach sprawnie funkcjonującej maszynerii ludzkiego ciała. Pogrążający się w ciemnościach choroby psychicznej pisarz stworzył szereg opowieści o czeskich sportowcach, którzy potrafili zanegować nieznośną rzeczywistość komunistycznej Czechosłowacji i stworzyć sobie alternatywny świat, określony ich pragnieniami i pasją. Czy można reportaże sportowe Oty Pavla czytać jak opowieść o arcyludzkiej potrzebie dania z siebie wszystkiego w walce o własną wolność? Jako opowieść, która nigdy nie przestaje być aktualna? Opowieść, dzięki której nie przestajemy wierzyć w możliwość wolności w każdych warunkach, w jakich przychodzi żyć człowiekowi? Opowieść o wolności, która nie jest patetycznym frazesem, ale samym życiem, które „można przeżyć jak święto”?

premiera 21 kwietnia 2018, Duża Scena
365 premiera Teatru Ludowego.

 

Salto w tył "Salto w tył" w reż. Maćko Prusaka w Teatrze Ludowym w Krakowie.
Pisze Fanny Kaplan na swoim blogu.
Dzwoni do mnie dzisiaj kumpel, pyta, dokąd wieczorem idę. Mówię, że do Ludowego, na co on: "A tak, bo Ty ich kochasz". Trochę mnie zatkało, bo moją pierwszą i najważniejszą miłością jest zespół Starego. Ale potem pomyślałam, że ma wiele racji. Ja faktycznie troszkę kocham Ludowy, bo to bardzo udany zespół i strasznie fajne miejsce, bez zadęcia. Z tym większą radochą wybrałam się na "Salto w tył" Maćko Prusaka, uznanego choreografa, reżysera regularnie z Ludowym współpracującego, że temat jest mi bliski. Prusak wziął na warsztat teksty Oty Pavla ze zbioru "Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" i chociaż "Bajkę..." bardzo lubię, to zdecydowanie należę do tych, którzy niejako wychowali się na kultowym zbiorze "Śmierć pięknych saren" wydanym w serii "Biblioteka Pisarzy Czeskich i Słowackich" w latach 80. Zaskoczenia oczywiście nie ma, ale to dobrze. Dostajemy Pavla w formie niezmienionej, czyli doskonałej - ciepłego, pełnego humoru, a gdzieś podskórnie głęboko tragicznego, chociaż u Prusaka - tak samo jak i u Pavla - jest to przemycone bardzo subtelnie i głęboko zakopane pod, zdawałoby się, błahymi i zabawnymi historyjkami. Ogromną zaletą spektaklu jest oczywiście jego muzyczność - a zatem dostaniemy songi wykonywane przez aktorów i różnorakie układy choreograficzne. Bywają one nierówne, czasem troszkę nużą, innym razem są po prostu elementem ściśle montażowym pomiędzy scenami i tutaj mam niejaki problem, bo jeśli coś się nie do końca montuje, to song bądź numer taneczny nie powinien być, moim zdaniem, wykorzystany do tego, by to zakryć. Traktuję jednak sceny muzyczne jako równoprawne jednostki spektaklu. Ale nie będę się zżymać, bo mamy tu obok scen przeciętnych także perełki, chociażby komiczny i na swój sposób wzruszający taniec pstrąga w wykonaniu Macieja Namysły, czy rozbrajający układ taneczny skoczków narciarskich. Nie brakuje scen typowo Pavlowskich, u Prusaka zresztą zyskujących pewien absurdalny rys niczym z "Pali się, moja panno" Miloša Formana - tu mam na myśli zwłaszcza wszystkie sceny, które dotyczą Komisji do spraw Skoków i Upadków (członkowie komisji - doskonali!), czy wątków dotyczących Trenera Remsy (ponownie Maciej Namysło), cudownego partacza i krętacza, który jeździ po całej Europie zapewniając małżonkę, że to ostatni raz i że jej wynagrodzi rozłąkę, wyciąga od państwa pieniądze na swą drużynę, a potem woli siedzieć w piwiarni niż pilnować treningu zawodników. Zespół aktorski - bywa, że nierówny, ale zgrany i, co tu kryć, ja ich faktycznie troszkę kocham. Za to, że widzę, jak ich to cieszy, jak oni się na scenie dobrze ze sobą czują, jak potrafią grać z partnerem i na niego reagować, jak intensywnie pracują zespołowo. Różnie to wychodzi, czasem idzie z mozołem, a czasem wypada lekko, naturalnie i porywająco. Na pewo wyróżniają się perły tego zespołu: Kajetan Wolniewicz, który niewiele tam ma do zagrania, ale jak już ma, to rozwala wszystkich (o czym napiszę dalej); doskonały Cezary Kołacz w roli Jiříego Raški, młodego chłopca, syna szewca, marzącego o karierze skoczka - wrażliwy, czasem słaby, nieco osamotniony w swoich marzeniach, przeuroczy, słodki dziwak z prowincji; Wojciech Lato, zwłaszcza w roli Pająka Szumawskiego - przezabawny, ale też cechujący się roztropnością, będący dla Raški głosem rozsądku; w końcu wyśmienita Beata Schimscheiner w roli nieco szalonej ciotki Anički. Och! Beatę Schimscheiner można w tym spektaklu po prostu jeść łyżkami. Jest i z Hrabala, i z Formana, i z Josepha Rotha, no i zdecydowanie z Pavla. Być może jest rozwiązła - tego możemy się tylko domyślać, bo wiemy, że opala się nago, a przynajmniej o tym rozprawia całe miasteczko (no i ten dekolt!); być może jest szurnięta i nie do końca zrównoważona; na pewno jest ogromnym wsparciem dla głównego bohatera i w całym spektaklu pełni rolę matczynej figury, która w momentach kryzysowych wyłania się nagle zza lady z wielką poduszką i miską z ciasteczkami. Cała czwórka - wspaniała! Na uwagę zasługują także Weronika Kowalska w roli Vlasty, Maciej Namysło, który w każdej swej roli jest bardzo dobry oraz czechosłowaccy decydenci dysponujący państwowymi pieniędzmi (Patrycja Durska, Piotr Piecha i Karol Polak). Co tu się nie spina? Przede wszystkim bywa, że gubi się rytm, przez co niektóre sceny wydają się zbyt długie. Końcówka - moim zdaniem dyskusyjna. Narracja prowadzona jest przez walną część spektaklu wokół historii Jiříego Raški. Pod koniec pojawia się wątek innych reportaży sportowych Pavla i nie dość, że to jest ni przypiął, ni przyłatał, to nie do końca zrozumiały jest zamysł tych scen, zwłaszcza jeśli chodzi o projekcję/transmisję meczu w tv, w której oprócz meczu pokazane są agresywne tłumy kiboli i zamieszki. Wprowadza to zamęt do nostalgicznej i raczej słodkiej, baśniowej fabuły bawiącej się czasem stereotypem, ale niegroźnie i nieszkodliwie, a głównie bazującej na ciepłych uczuciach żywionych do dawnej Czechosłowacji. W kontekście obecnej sytuacji politycznej w Europie Środkowej, sceny te dodają całości niepotrzebny i współczesny rys. Ujęłabym to tak - przez pierwsze półtorej godziny miałam wrażenie, że czuję zapach piwa i palačinek. Nie wiem, jak Maćko Prusak to zrobił, ale serio, zastanawiałam się zupełnie poważnie, czy ktoś na zapleczu nie podsmaża naleśników bądź knedli. Zakładam, że nie, więc ukłony dla reżysera, jeśli udało mu się wpłynąć na mój odbiór tak intensywnie, że czułam zapach smażenia. Pod koniec pojawiają się kibole, zamieszki, etc. Po co? Nie wiadomo. Nie zdaje to egzaminu ani jako wizja przyszłości, w której radykalizacja kibiców sportowych stanie się palącym problemem (wtf? dlaczego taka miałaby się w ogóle pojawić? Skąd przesłanki?), ani jako moralizatorskie upominanie fanów sportu, że ma on także ciemne strony (ponownie - po co? Dlaczego?), a już najmniej jako metafora traum i strachów samego Oty Pavla, czeskiego Żyda dotkniętego koszmarem II wojny światowej, bo te lęki są wystarczająco zasygnalizowane niepokojącym i nagłym wtargnięciem odzianych w czerń, butnych i zarozumiałych, choć groteskowych żołnierzy wkraczających do domu starego szewca i żądających wykonania butów, którymi mogliby przeskoczyć całą Europę, by jednego dnia być w Paryżu, drugiego w Warszawie, trzeciego w Amsterdamie, a czwartego forsować Kanał La Manche w drodze do Londynu (rings a bell? No, tak mi się właśnie wydaje). Tak więc końcówka zdaje się być doklejona z zupełnie innego spektaklu, który traktuje o kompletnie innych sprawach. Drugą rzeczą jest finał spektaklu (z góry przepraszam za spoilery). Ostatnią scenę uważam za coś wspaniałego. To jest jedyny moment w całym spektaklu, w którym miałam łzy w oczach - może dlatego, że coś niecoś wiem o tragicznym życiu Oty Pavla (chociaż chyba każdy czytelnik jego prozy wcześniej lub później dowiadywał się choć trochę o biografii autora). Cała ostatnia sekwencja stoi na Kajetanie Wolniewiczu i to, co on tam wyczynia, nie robiąc fizycznie prawie nic, to jest po prostu bomba. Ostatnie sceny w piwiarni, sportowcy mówią o swoich osiągnięciach, o wygranych, czy o doświadczeniach, które ze sportowego punktu widzenia nie musiały być wielkimi sukcesami, a jednak były dla nich doświadczeniem granicznym, w którym musieli przełamać swój strach, opory, przekonanie, że próba zakończy się porażką. Wolniewicz mówi, że już dziesięć razy był bliski porwania się na własne życie, ale jednak nigdy tego nie zrobił. Po chwili sportowcy wykonują układ choreograficzny, w którym symbolicznie przełamują swój strach, na projekcji wyświetlani są przechodnie - czy to dworzec, czy ulica, czy przejście w jakiejś hali? Nieważne. Codzienne życie także może się wiązać z przełamywaniem kolejnych barier. Wolniewicz stoi nieruchomo z różą w dłoni, jakby leżał w trumnie, a jego twarz wyraża pogodzenie się z własnym losem, ale też jakąś rozpacz. I z jednej strony boli mnie, że Prusak koniecznie musi wtedy puścić cover "Running Up That Hill" Kate Bush w wykonaniu jakiejś synthpopowej, pewnie obecnie modnej gwiazdki jednego sezonu (chyba są to Chromatics, nie słuchajcie, straszny szajs); boli mnie, bo jak w ogóle można użyć coveru, jeśli oryginał jest doskonały i tak znaczący? Bo przecież chodzi tu o tekst piosenki i o klasykę teledysku, w którym Bush tańczy, upada i bez przerwy się podnosi bądź przedziera się przez tłum ludzi, jest podnoszona przez partnera, ponownie upada - każdy dzień jest jak bieg pod górkę. A z drugiej nie będę kłamać. Prusak stworzył tu scenę mocną, właściwie jedyną wstrząsającą scenę tego spektaklu (nawet mimo tego kaszaniastego covera), bo może i postać Wolniewicza jest enigmatycznie nazwana mianem Ostatniego Gościa, ale jednak w finale Wolniewicz jest Otą Pavlem, komentatorem sportowym i pisarzem dotkniętym tragedią Zagłady, którego ojca i braci więziono w obozach koncentracyjnych, postacią tragiczną, która cierpiała na bipolar disorder i całe jego dojrzałe życie było jednym wielkim zmaganiem się z chorobą psychiczną. Ota Pavel zresztą zmarł na zawał i to w młodym wieku, bo zaledwie 42 lat. To, co w tej scenie robi Wolniewicz środkami powściągliwymi, a jednocześnie mocnymi, to jest totalny wyciskacz łez, bo on tam jest i nie jest. Żywy, a jakby żywcem pogrzebany. Oglądam go i wiem, że jeśli chodzi o "Running Up That Hill", on po prostu na górę nie wbiegnie, bo nie da rady. To jest nie tylko doskonała scena, ona perfekcyjnie i w symboliczny sposób oddaje to, czym jest życie z chorobą psychiczną w latach 60. ubiegłego wieku - a bywa nierzadko, że i dziś życie z chorobą psychiczną, mimo stopniowej zmiany standardów medycznych i świadomości społeczeństwa, bywa stanem gdzieś pomiędzy życiem i śmiercią, w upiornym zawieszeniu. I z jednej strony jestem Prusakowi za tę scenę niezmiernie wdzięczna, bo ona jest po prostu bardzo poruszająca. A z drugiej strony - kompletnie nie wiem, jak do tego doszło i jak to się zdarzyło. Bo przecież poza sceną rozbijającą nostalgiczne heheszki z komunistycznej Czechosłowacji, w której nagle z nieba spadają ubrani w czerń żołnierze żądający wykonania "butków" do skakania po Europie w tę i we w tę, nic do tego finału nie prowadziło. Totalnie nic. Może jestem niezbyt spostrzegawczą i niezbyt wnikliwą obserwatorką, może coś przeoczyłam. Niewykluczone. Odnoszę jednak bardzo silne wrażenie, że pod płaszczykiem humorystycznej Pavlowskiej fabuły Prusak chciał przemycić tragiczną historię samego Pavla i nie do końca mu się to udało, a przynajmniej było to na tyle niekonsekwentne, że biografia Pavla przebiła się przez historię skoczka zaledwie dwukrotnie. Szkoda. Gdyby to było zrobione bardziej wyraźnie, gdyby było mocniej zaakcentowane, mógłby to być spektakl wstrząsający. A tak mamy trochę nostalgiczne, a trochę kpiące spojrzenie na realia demoludu (spojrzenie cieplejsze niż u Barei, więc szyderstwo jest w stosunku do filmów Barei znacznie złagodzone); cudną i bardzo krzepiącą historię skoczka znikąd, typowe success story; i nagłą i choć doskonale zagraną, to jednak narracyjnie zbijającą z tropu scenę o tym, że nie każde story kończy się sukcesem i nie każdemu się uda wdrapać na ten wyboisty, życiowy pagórek. Pointa jest piękna, jest wyśmienicie zagrana, ma idealną choreografię, czepiam się covera, bo wolę Kate Bush, ale jest to bardzo mądra i poruszająca rzecz. Ale skąd ona się tam wzięła i gdzie są wątki, które prowadzą do tego finału? No, niestety, na scenie ich nie ma - są w prozie Pavla, będą w jego biografii, którą wkrótce wyda Czarne, a na którą czekam z niecierpliwością. Jak na ironię, wracałam tramwajem do domu, a naprzeciwko mnie siedział młody chłopiec, który żywo tłumaczył rozmówcy przez telefon, że ma już Tuwima i wiersz, ale nie ma nic z prozy staropolskiej i że nie wie, co wybrać, a egzamin tuż-tuż. Zagadnęłam go, czy chodzi o egzamin do szkoły teatralnej, chwilę rozmawialiśmy o teatrze, w końcu poleciłam mu Jana Chryzostoma Paska ze szczególnym uwzględnieniem fragmentu, w którym widzowie strzelają do aktorów odgrywających role szwarccharakterów. Nie wiem, czy mu dobrze poradziłam, życzę młodzieńcowi dostania się do wymarzonej szkoły. Wiem natomiast, że Prusak na strzały dziś nie zasłużył, chociaż nie wszystko w tym spektaklu kupuję. To, co kupuję, to jego bezpretensjonalność i ciepłe, choć trochę naiwne i trącące myszką poczucie humoru - ale to ma Prusak wzięte wprost z Pavla. To, co absolutnie uwielbiam, to zgranie zespołu i kilka naprawdę wyróżniających się ról i talentów aktorskich (ale wykonanych ze wsparciem partnerów, tu nie ma tak, że każdy gra na siebie i to się chwali). Choreografia - super. Ale koncepcyjnie mnie ten spektakl nie przekonuje. Wydaje mi się, że wiem i rozumiem, co artysta chciał nam powiedzieć, ale brakuje mi tu konsekwencji i umiejętnego akcentowania. I to nie działa na plus dla całości. A skoro strzałów nie ma, to nie wiem, czy polecać, czy nie. Petarda to nie jest. Warto iść dla Wolniewicza, Kołacza, Schimscheiner, trochę - choć nieco mniej od tej trójki - dla Wojciecha Laty. Ale chyba najbardziej warto wrócić do prozy Pavla i kupić jego biografię. "Salto w tył" Fanny Kaplan www.facebook.com/FannyJefimownaKapla Link do źródła 14-05-2018

 

Teatr Ludowy: Bajka o lataniu "Salto w tył" w reż. Maćko Prusaka w Teatrze Ludowym w Krakowie.
Pisze Joanna Targoń w Gazecie Wyborczej - Kraków.
«Sportowa baśń Oty Pavla, wyreżyserowana z polotem przez Maćka Prusaka, to spektakl zabawny, ciepły i pełen wdzięku. Zaczyna się całkiem realistycznie: w obszernym, pustawym i przygnębiająco zapyziałym (te brązy, beże i monotonne wzorki tapet) barze siedzi Ostatni Gość (Kajetan Wolniewicz), zajęty pisaniem. Barman (Maciej Namysło) niechętnie nalewa mu jeszcze jedno piwo, demonstracyjnie wymachując ścierką. Głos narratora opisuje miejsce i to, co się w nim wydarza - dostrzegamy niewielkie przesunięcia, niezgodności. Coś w słowach jest, a na scenie nie ma. Albo jest trochę inne. Nie będzie więc raczej realizmu. Będzie bajka. Jej bohaterem jest narciarz Jiri Raška (Cezary Kołacz), który nie jest zadowolony z tego, że jego losem jest zjeżdżanie w dół, bo chciałby wzbijać się w powietrze jak albatros i skakać jak pstrąg. Czesi chcieliby mieć olimpijskie medale w narciarstwie, panuje niestety przekonanie, że do tego sportu się nie nadają. Może więc powinni po cichu kupić medal od Norwegów, na przykład za królewski zamek Krivoklát? Fantazja, absurdalny humor, ironia Rzeczywistość czeskiego sportu lat 60. i 70., którą Ota Pavel doskonale znał (był dziennikarzem sportowym), staje się materiałem opowieści o dążącym do spełnienia swego marzenia chłopaku, spotykającym gadające zwierzęta, fantastyczne postaci, a nawet prawdziwego (norweskiego) króla, który w kożuszku i koronie na czapce chodzi tam, gdzie królowie chodzą piechotą Fantazja, absurdalny humor, ironia, cudowne zdarzenia służą tworzeniu świata, który jest realny i baśniowy jednocześnie. Wiecznie niezadowoleni i sztywni działacze sportowi, trener nieudacznik, wojskowi w jednostce, do której trafia Raška, konkurencyjni norwescy zawodnicy - cała ta przygnębiająca rzeczywistość nabiera kolorów dzięki inwencji i językowi Pavla, a na scenie dzięki ruchowi, błyskotliwej i dowcipnej reżyserii i aktorstwu. O tym, że Maćko Prusak potrafi świetnie uruchamiać aktorów, dobrze wiedzą widzowie spektakli Jana Klaty, w których Prusak dbał o ruch. W jego własnym spektaklu ruch jest czymś naturalnym - aktorzy płynnie i bez wysiłku wchodzą w fizyczną ekspresję z pogranicza tańca i pantomimy. Przyjemność nie bezrefleksyjna Ale nie tylko na ruchu polega atrakcyjność "Salta w tył" - ile tu zabawnych i wyrazistych postaci (większość aktorów gra po kilka ról)! Marudny Pająk Szumawski (Wojciech Lato), który postanowił towarzyszyć Rašce w jego podróżach zagranicznych i okazał się poliglotą. Trójka Gawronów (Weronika Kowalska, Paweł Kumięga, Karol Polak) złośliwie komentująca wyczyny Raški, ale w końcu kibicująca mu z pobudek patriotycznych. Uroczo przesadnie mówiący po norwesku mistrz nart Bjorn Virkola (znów Kumięga). Piosenkarka śpiewająca po czesku przebój Abby, a potem okazująca się królewną (Patrycja Durska). Pani Anicka (Beata Schimscheiner) nakłaniająca Raškę do wytrwałości. Reporterka (też Beata Schimscheiner) sprawozdająca mecz piłkarski, który przeradza się w upiornie śmieszną krwawą bitwę na boisku i trybunach. Weronika Kowalska jako Marlena Dietrich. I jeszcze więcej, a zawsze w punkt. "Salto w tył" można nazwać spektaklem przyjemnym, ale nie jest to przyjemność bezrefleksyjna. Niewiele ostatnio takich przedstawień. Teatr Ludowy. Ota Pavel "Salto w tył", przekład - Justyna Wodzisławska, scenariusz i adaptacja - Marta Giergielewicz, reżyseria i choreografia - Maćko Prusak, opracowanie muzyczne - Marta Giergielewicz, Maćko Prusak, scenografia - Andrzej Witkowski, światła i projekcje - Bartłomiej Sowa. Premiera 21 kwietnia 2018.» "Teatr Ludowy: Bajka o lataniu" Joanna Targoń Gazeta Wyborcza - Kraków nr 103/05/06-05-18 online Link do źródła 07-05-2018 Wszystkie teksty Gazety Wyborczej od 1998 roku dostępne są w internetowym Archiwum Gazety Wyborczej - największej bazie tektów w jezyku polskim w sieci

 

Nad kuflem piwa w czeskiej knajpie "Salto do tyłu" wg Oty Pavla w reż. Maćko Prusaka w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Magda Huzarska-Szumiec w Polsce Gazecie Krakowskiej.
«Czeska gospoda to jedyne miejsce w swoim rodzaju, symbol narodu, który jak żaden inny umie się śmiać i przełykać nuty melancholii, spływające do gardeł razem ze złotymi kroplami piwa. Wiedział o tym doskonale stały bywalec niejednej gospody Bohumil Hrabal, który mawiał, że do kawiarni czy restauracji wchodzi tylko przez przypadek, by z tych niegodnych miejsc wycofać się rakiem. Wiedział o tym też Ota Pavel, mój ukochany czeski pisarz, w którego głowie strach wyzwalał nie tylko stany chorobowe, ale i podsuwał mu słowa, które układały się w cichą, cudowną do snucia nad kuflem opowieść. Dlatego podczas premiery "Salta w tył" w Teatrze Ludowym, widząc Kajetana Wolniewicza pochylonego nad kartką papieru leżącą na knajpianym stole, wyobrażałam sobie, że jest to nie tyle Ostatni Gość, jak nazwano tę postać w programie, ale sam Ota Pavel, który spędza tu każdy wieczór, opisując to, co z wielkiego świata do karczmy przynoszą ze sobą goście. A że przedstawienie Maćko Prusaka oparte zostało na "Bajkach o Raśce i innych reportażach sportowych", mamy tu specyficznych przybyszów. Na scenie pojawiają się sportowcy, których autor tak wzruszająco opisywał w swoich reportażach, że podobno, czytając je, twarde chłopy ryczały jak bobry. Niewyspany Barman (Maciej Namysło), usiłujący wyprosić gości starą, sprawdzoną metodą, stawiając krzesła na stołach, musi się zmierzyć z cyklistami, którzy przerwali Wyścig Pokoju, by napić się piwa. Musi zaakceptować występ Księżnej (Patrycja Durska), przynoszącej ze sobą różę, którą ludzie spod znaku swastyki niebawem skrzywdzą. Ale przede wszysridm musi być świadkiem historii życia JifiegoRaśki (Cezary Kołacz), chłopaka, który marzy, by skakać jak pstrąg z pobliskiej rzeki. A że Czesi nie mają "ani tradycji, ani kondycji", więc osiągnięcie wysokiej pozycji na mistrzostwach świata pozostaje tylko w sferze wyobraźni. Nawet jak się pojedzie do Norwegii, by podglądnąć, skąd się bierze sukces tamtejszych sportowców i czy na pewno tylko z powodu łosi, które mają wyhaftowane na swetrach. Scena, w której norweski skoczek (Paweł Kumięga) tłumaczy głównemu bohaterowi sens swoich rodzimych słów, jest jedną z najzabawniejszych w spektaklu. Ale nawet gdy zaśmiejecie się za głośno, wasz śmiech szybko pochłonie nuta nostalgii, którą przyniesie ze sobą Pani Anićka (Beata Schim-scheiner) - cudownie szalona ciotka Jifiego, opalająca się nago na jagodowej polanie. Maćko Prusak jest nie tylko reżyserem, ale przede wszystkim znakomitym choreografem. Wchodząc w świat Oty Pavla wsączył w niego trafioną w punkt muzykę, która prowadzi świetnie poruszających się aktorów przez meandry opowieści autora. Wychodząc z teatru wciąż miałam w oczach postać Kajetana Wolniewicza pochylonego nad kartką papieru, dzięki której -jak donosi Mariusz Szczygieł, znawca wszystkiego co czeskie - pisarz znów stawał się chłopcem, bezpiecznym przy boku taty. Zobaczcie "Salto do tyłu" w Teatrze Ludowym. Spędzicie pogodny, mądry wieczór, po którym chce się siąść nad kuflem piwa i zwyczajnie pogadać z przyjaciółmi.» "Nad kuflem piwa w czeskiej knajpie"
Magda Huzarska-Szumiec Polska Gazeta Krakowska nr 98 dodatek 27-04-2018

 

Śmiechem i śpiewem zdobędziemy świat "Salto w tył" wg Oty Pavla w reż. Maćko Prusaka w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Łukasz Gazur w Dzienniku Polskim.
«Najnowszy spektakl w Teatrze Ludowym w Krakowie - "Salto w tył" według tekstu Oto Pavla w reżyserii Maćko Prusaka - to rzecz o sportowcach, niekoniecznie tylko dla fanów sportu. Bo już sceneria jest mało sportowa - siedzimy w jakiejś, niekoniecznie wielkomiejskiej, hospodzie czechosłowackiej, przez którą przewinie się plejada czechosłowackich sportowców - od kolarzy Jana Weselego i Jana Kubra, oskarżonych o zdradę narodu z powodu rezygnacji z Wyścigu Pokoju (sportowcy mieli problemy zdrowotne). Jest też słynny biegacz Emil Zatopek i jego żona Dana, także olimpijka, oraz słynna gimnastyczka Ewa Bosakowa. Ale osią całego przedstawienia jest biografia Jiriego Raśki, znanego skoczka narciarskiego. Kiedy za reżyserię bierze się znakomity choreograf, wiadomo, że czeka nas przede wszystkim tłumaczenie tekstu na ruch. Wyszło fenomenalnie. Szczególnie docenić trzeba sceny grupowe - wymagające zgrania i precyzji. To dowód, jak dobra energia wstąpiła w zespół aktorski "Ludowego". Na indywidualne wyróżnienie zasługuje z pewnością Cezary Kołacz (Jifi Raśka), którego ciało, bardzo plastyczne, poddało się reżyserskiemu dyktatowi. Prusak uchwycił ducha tekstu, w który wtopiono surrealistyczne czeskie poczucie humoru. A sportowe historie podniósł do rangi uniwersalnej metafory - o uporze, potrzebie wolności, walce o swoje marzenia. W spektaklu padają słowa "śmiechem i śpiewem zdobędziemy świat". Mogłoby to być jednocześnie hasło nowohuckiej sceny.» "Śmiechem i śpiewem zdobędziemy świat" Łukasz Gazur Dziennik Polski nr 94 23-04-2018 Kraków.

 

"Salto w tył" - czyli czeski humor na scenie Teatru Ludowego Premiera utworu "Salto w tył", który na deski Teatru Ludowego w Krakowie przeniósł Maćko Prusak, odbędzie się w sobotę na Dużej Scenie. To przepełniona czeskim humorem opowieść o ludzkich słabościach i determinacji, napisana przez Otę Pavla. "Salto w tył" to jedno z opowiadań w zbiorze "Bajki o Rasce i innych reportaży sportowych" czeskiego pisarza i dziennikarza sportowego Oty Pavla (1930-1973) - Ota Pavel nie tyle pisze o sukcesach sportowych swoich bohaterów. On kochał sport, a przede wszystkim ludzi. Pisał o ich nieprawdopodobnej determinacji, walce o godność, wolność. Ci ludzie żyli w komunistycznych Czechach - mówił w środę dziennikarzom reżyser Maćko Prusak. Jak wyjaśnił, sam tytuł "Salto w tył" jest metaforą ludzkiej determinacji, której potrzebował także Ota Pavel. Pisarz cierpiał na cyklofrenię i psychozę maniakalno-depresyjną z elementami schizofrenii. Połowę życia spędził w szpitalu psychiatrycznym, tam też zmarł. - Pavel cały czas zmagał się z próbą poddania się i popełnienia samobójstwa. Wydaje się mi, że pisał o tych ludziach (sportowcach-PAP), ponieważ oni się nie poddawali, walczyli tak jak on, pomimo trudności dążyli do celu - powiedział reżyser. Akcja spektaklu rozgrywa się nie na stadionie czy sali gimnastycznej, ale w kawiarni, w czasach komunizmu. Jednym z bohaterów jest sam Ota Pavel - pojawia się on na scenie jako Ostatni Gość (Kajetan Wolniewicz). Ota Pavel (1930-1973, prawdziwe nazwisko Otto Popper) w czasie II wojny światowej mieszkał w Bustehradu koło Pragi. Był synem żydowskiego komiwojażera Lea Poppera. Jego dwóch starszych braci i ojciec trafili do obozu koncentracyjnego, który udało się im przeżyć. Ota jako nastolatek pracował w jako górnik w kopalni Prago koło Kladna. Trauma Holokaustu na zawsze odcisnęła na nim piętno. Po wojnie uczył się w szkole handlowej, od 1949 r. pracował w redakcji sportowej czeskiego radia, a później w redakcjach sportowych innych mediów. Z olimpiady zimowej w Innsbrucku (1964) wrócił w kaftanie bezpieczeństwa. Podczas tej imprezy dostał ataku po tym, jak niemieccy kibice hokejowi w trakcie meczu podnieśli tumult - Ota przypomniał sobie wówczas gestapowców, którzy wtargnęli do mieszkania jego rodziny. Psychiatrzy namówili Ota do spisywania jego najpiękniejszych chwil. W rezultacie powstały literackie opowiadania. Beata Kołodziej PAP 18-04-2018

Nagrody i wyróżnienia

 "SALTO W TYŁ" MARKA RADIA KRAKÓW ZA KWIECIEŃ.

Twórcy

przekład: Justyna Wodzisławska
scenariusz i adaptacja: Marta Giergielewicz
reżyseria i choreografia: Maćko Prusak
opracowanie muzyczne: Marta Giergielewicz, Maćko Prusak
scenografia: Andrzej Witkowski
światła i projekcje: Bartłomiej Sowa
asystent reżysera: Piotr Piecha
inspicjent / sufler: Martyna Rezner

Obsada

Najbliższe spektakle

06 sty 2019 - 18:00 (nd)
Kup bilet