Marcin Wierzchowski, Daniel Sołtysiński Sekretne życie Friedmanów reż. Marcin Wierzchowski

Scena:
Scena Stolarnia
Czas trwania:
2h 45min (bez przerwy)
Cena:
normalny: 45 pln , ulgowy: 35 pln

O spektaklu

Nowy język teatralny i nowa estetyka.
Niecodzienna podróż w kameralnej - zaledwie trzydziestoosobowej grupie.
We wszystkich przestrzeniach Stolarni wciąż toczy się prawdziwa historia, która nie znalazła swojego ostatecznego rozwiązania.
Znajdziecie się w środku wydarzeń, które stały się inspiracją tego spektaklu.
Macie szansę być nie tylko obserwatorami, ale też uczestnikami zdarzeń.
Możecie je oceniać, a nawet na nie wpływać.

"Sekretne życie Friedmanów” - spektakl inspirowany nominowanym do Oskara filmem Andrew Jareckiego “Capturing the Friedmans”. Casus Friedmanów - pomimo swej amerykańskości - przekracza ciasne ramy kulturowe, pozwala odkryć mityczną tkankę tej historii i godną Sofoklesa tragiczność losów jej bohaterów. Suma składających się na nią elementów - przekroczenie tabu, wina jednostki, sąd, rozłam wewnątrz rodziny, konsolidacja społeczności przeciwko winowajcom, ofiara składana przez winowajcę dla jego syna - stanowi o jej teatralności i ponadkulturowości. Teatr jest medium, które ma szansę wydobyć z tej historii to, co w filmie siłą rzeczy musiało pozostać stłumione. To, że odbywa się to 6900 km od miejsca prawdziwych zdarzeń, tylko wzmacniać będzie uniwersalność przekazu.

 

 

Wystrzał artystyczny na otwarcie Wybrzeża Sztuki. Piotr Wyszomirski GAZETA ŚWIĘTOJAŃSKA Historia rodziny Friedmanów wydarzyła się naprawdę w latach 80. w Stanach. Tak zwana porządna, by nie rzec wręcz modelowa rodzina: zamożni Żydzi, szanowany w społeczności ojciec (nauczyciel roku), matka, która poświęciła się wychowaniu trzech synów. Nic nie zapowiadało tragedii i koszmaru, który zaczął się odkrywać z każdą rozmową, z każdym dostarczanym przez media faktem, wywiadem, oświadczeniem. Pedofilia, sodomia, przemoc. Po latach powstał film dokumentalny, który próbował ukazać hi Po obejrzeniu "Sekretnego życia Friedmanów” czuję się jak pyton po połknięciu antylopy. Trawię, com połknął i końca nie widać. Wszystkiego jest tu dużo: wersji, interpretacji, postaci, lokacji. Spektakl zaczyna się przed kurtyną Dużej Sceny absolutnie perwersyjną w kontekście całości sceną pt. "Największy karzeł świata". Potem, m.in.: pokój w mieszkaniu Friedmanów, posterunek policji, areszt, sąd. Scena od zaplecza, Czarna Sala, przedsionek rekwizytorni – wędrujemy korytarzami i schodami, stoimy, siedzimy przy aktorach, dotykamy ich dosłownie, wchodzimy w ich postaci, emocje. Oprowadza nas wielopostaciowy narrator. Opowieść coraz bardziej wciąga, zwroty akcji zaskakują, dobro zatraca się w ogrodzie zła. Podobno nie ma dobra i zła, jest tylko prawda. A właściwie wiele prawd: oficjalna, skrywana, na użytek, na przekór, zaskakująca, wymuszona, zmanipulowana, zastępcza, do przyjęcia, pozapoznaniowa. U Friedmanów prawda została wrzucona do makabrycznego gabinetu krzywych luster, staje się rozciągliwa, piętrowo zrelatywizowana, wynaturzona. I kiedy już widzimy światło w tunelu, łapczywy niepokój wciąga nas do zajęczej nory niepewności. Czy to wielka manipulacja? Dramat rodzinny, w którym wszyscy są winni? Jak zachować się wobec zła i jego sprawcy, gdy ten jest osobą przez nas kochaną? Czy lojalność rodzinna powinna zawsze stać ponad normami społecznymi? Czy liberalizm etyczny ma granice? Czy w rodzinie można wszystko wybaczyć i zapomnieć? I ciągle być rodziną? Spektakl zostawia nas z wieloma pytaniami, jakby programowo unika odpowiedzi, zaciera tropy, podważa wcześniejsze odkrycia, prowadzi grę z naszymi przyzwyczajeniami i ułatwieniami myślowymi. Historia Friedmanów mogłaby posłużyć za kanwę wielu scenariuszy. Mogłaby powstać osobna opowieść podobna do historii Andrzeja Samsona.

Recenzja nr 1

 

Albo wymierzona przeciwko rodzicom i sprawcy jak "Po co psuć i tak już złą atmosferę”. Albo przeciwko całej społeczności jak "Polowanie” z Madsem Mikkelsenem. Ale Marcin Wierzchowski i Daniel Sołtysiński, autorzy scenariusza, zwielokrotnili i pomnożyli tematy, powstała zwodnicza opowieść szkatułkowa. Otwierając szufladki wyciągamy na światło dzienne thriller, dramat psychologiczny, przypowieść o rodzinie, traktat. "Sekretne życie Friedmanów” to wreszcie uwiedzenie. Zostajemy zaproszeni do fikcyjnego świata a dzięki prowadzeniu nas przez reżysera stajemy się częścią nowej rzeczywistości. Brzmi jak banał, ale to fakt. Wielki i rzadki kunszt tak zatańczyć z widzami. Dodatkowe skrzydło do tego sukcesu przypina Barbara Natalia Ferlak, autorka scenografii, wykorzystującej w niezwykle kreatywny sposób budynek teatru. Dzięki niej jest to także spektakl… architektoniczny. Nieopatrzeni w serialach i reklamach aktorzy Teatru Ludowego dali popis naturalności i swobody. Uwiarygadniają historię, powstaje porozumienie, w którym stają się nam tak bliscy, że im także współczujemy a nie jedynie potępiamy. W zespole aktorskim nie ma słabych ogniw, gdybym musiał wybrać jednego reprezentanta załogi, który zasługuje na coroczną, jedyną nagrodę, zdecydowałbym się na Piotra Pilitowskiego. Jego Arnold Friedman, nawet bardzo podobny fizycznie do historycznej postaci, jest przejmujący a zarazem zwyczajny, w ocenie jego postaci potępienie zła walczy ze współczuciem nad losem człowieka nieszczęśliwego, manipulowanego. Prezentacja Teatru Ludowego z Krakowa to nowe otwarcie tej dotychczas nie najwyżej rangowanej w hierarchii polskiego teatru artystycznego sceny i zarazem ogromna niespodzianka. Po raz ostatni coś podobnego doznałem w przypadku "Aktorów żydowskich". To kolejny dowód na to, że nie ma złych aktorów, są tylko źle obsadzeni i źle prowadzeni. „Sekretne życie Friedmanów”, pierwsze przedstawienie, za które odpowiedzialność ponosi Małgorzata Bogajewska (dyrektorka od 1 września 2016), to także niecodzienny format. To teatr komunikatywny, ale zarazem nierezygnujący z ambicji artystycznych. Podporządkowany przekazowi i stawiający go ponad pychę twórcy, dzięki czemu możemy czuć się zaproszeni do partnerskiego dyskursu a nie tylko do podziwiania fajerwerków wyobraźni. To wreszcie teatr przewrotny, pełen nieoczywistości i świeżości. Czego trzeba więcej? PS Pierwsza prezentacja w Teatrze Wybrzeże napotkała niecodzienne problemy w postaci awarii zasilania. Spektakl wznowiono i początkowo grano przy latarkach. Godzinna przerwa wpłynęła oczywiście na rytm całości i wybiła z koncentracji, ale aktorzy zdecydowanie podołali. Bardzo dobrze opracowana strona spektaklu tutaj storię taką, jaką była naprawdę. Naprawdę? Nic nie jest takim, jakim się wydaje, so... don't judge! "Sekretne życie Friedmanów" wg scenar. i w reż. Marcina Wierzchowskiego z Teatru Ludowego w Krakowie na Wybrzeżu Sztuki w Gdańsku. Pisze Magda Mielke w Teatrze dla Was. Spektakl Marcina Wierzchowskiego podejmuje casus rodziny Friedmanów. Inspirowany nominowanym do Oscara filmem Andrew Jareckiego "Capturing the Friedmans" nie tyle skupia się na dochodzeniu do prawdy, przesądzaniu o niewinności lub winie oskarżonych, co snuje refleksję nad tym, jak jesteśmy postrzegani przez innych oraz jak łatwo wywołać medialną histerię. Ojciec, matka, trzech synów. Śmieją się, wygłupiają przed kamerą, a także kłócą - jest jak w większości rodzin. Arnold (świetny, współczesny everyman Piotr Pilitowski) w dużych okularach, flanelowej koszuli i wysoko podciągniętych dżinsach wydaje się być uosobieniem spokoju i taktu, sympatyczny, dowcipny, swojski, przykładny ojciec i oddany mąż, szarak z amerykańskiego przedmieścia końcówki lat 80-tych. Okazuje się być szanowanym i wielokrotnie nagradzanym nauczycielem z Long Island, prowadzącym w piwnicy swojego domu prywatne kursy komputerowe dla dzieci. Pomaga mu w tym jego syn, osiemnastoletni Jesse (Piotr Frasanowicz). Od samego początku uczestniczymy w traumie tej rodziny. Bohaterowie zyskują naszą sympatię i współczucie, by za chwilę stać się obiektami pogardy. Dowiadujemy się bowiem, że Jesse zostanie skazany na 13-lat pozbawienia wolności, a jego ojciec popełni w więzieniu samobójstwo. Obaj oskarżeni o molestowanie nieletnich. Z każdym kolejnym faktem szala naszych uczuć przechyla się na korzyść bądź niekorzyść oskarżonych. I tak już będzie do końca. Zarówno reżyser, jak i aktorzy nie wiedzą - albo nie dają temu wyrazu - czy Friedmanowie byli winni. Dzięki temu otrzymujemy bardzo zrównoważoną relację ze zdarzeń, a co więcej stajemy się ich uczestnikami. Z sali kinowej do domu Friedmanów, na posterunek policji, do sali komputerowej, więzienia, sądu, ponownie do domu Friedmanów - razem z bohaterami przemierzamy kolejne punkty ich historii. Spacer ten przypomina uwięzienie w labiryncie, a nasza niepewność i dyskomfort staje się jedynie odpryskiem tego, co rzeczywiście mogli czuć członkowie tej rodziny. Wierzchowski komponuje spektakl tak, by był on dla widza wyzwaniem. Nie wiemy, gdzie nas zaprowadzą tym razem, czy zdołamy usiąść, czy będziemy stać, zaatakują pytaniem, a może znowu zaproponują wcielenie się w członków ekipy śledczej, poszukującej w domu Friedmanów śladów winy. "Sekretne życie Friedmanów" opowiada o zdarzeniach, które wydarzyły się naprawdę. Problem w tym, że nie wiemy właściwie, co się naprawdę wydarzyło. Spektakl Wierzchowskiego nie jest ani próbą usprawiedliwienia pedofilii, ani wyjaśnienia skąd bierze się przeogromna siła oddziaływania mediów na społeczeństwo. Tematów, które pojawiają się podczas tej trzygodzinnej podróży wokół życia Friedmanów, jest całe mnóstwo. Z jednej strony mamy zmanipulowaną policję, adwokatów, prokuratorów, sędziów, ale też sąsiadów, rodziców i uczniów Arnolda, z drugiej historię ojca, który poświęca się dla syna, syna walczącego o dobre imię ojca, a także żonę i matkę, niepotrafiącą ocenić, co w jej życiu było prawdziwe. Wielkim bohaterem tego spektaklu staje się niemożność poznania prawdy. Nie mamy tu konfliktu dwóch stron; zeznania domniemanych ofiar - dwudziestu uczestników kursu komputerowego - są przekazywane w relacjach osób trzecich, nie pojawiają się też rodzice pokrzywdzonych dzieci - poza jedną matką, która staje w obronie nauczyciela. To raczej konflikt braku niepodważalnego materiału dowodowego z odrazą i niechęcią przesłuchiwanych i przesłuchujących, ulegających pedofilskiej histerii. Wreszcie to spektakl o nas samych, o łatwości wydawania osądów, które rujnują czyjeś życie i o różnicy między tym, jak postrzegamy siebie, a jak widzą nas inni. Na szczególną uwagę zasługuje precyzja z jaką skomponowano kolejne elementy spektaklu, a szczególnie scenograficzna dbałość o detale. To, że widzowie wchodzą do wnętrza domu Friedmanów daje okazję do poszperania w ich rzeczach, pogrzebania w ich życiu, do czego namawiają sami twórcy, powierzając widzom role oficerów śledczych. Przeszukując szafki, grzebiąc w papierach, dotykając przedmiotów codziennego użytku, widz dokonuje gwałtu na intymności bohaterów. Twórcy świetnie wykorzystali możliwość, jaką daje uczynienie ze scenografii aktywnego czynnika zdarzeń. "Sekretne życie Friedmanów" to też spektakl samych fantastycznych kreacji. Aktorzy stają przed nami dziwnie bezbronni, jakby ogołoceni z aktorstwa, pozbawieni wszystkich trików i wyuczonej gry. Eksponują intymność. Dla widza wejście w ten świat jest niemal koniecznością, bardzo intensywnym doznaniem. Podglądamy bohaterów, siadamy obok nich, zagadują nas w drodze do kolejnych miejsc. Nawiązujemy z nimi więź, a za chwilę okazuje się, że nic nie jest takim, jakim się wydaje. Magia teatru czy iluzja życia? Magda Mielke - absolwentka Dziennikarstwa i studentka Filmoznawstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Recenzentka filmowa i teatralna, miłośniczka współczesnej literatury. Przedstawienie Teatru Ludowego w Krakowie prezentowane w ramach 9. edycji Wybrzeża Sztuki. "Nic nie jest takim, jakim się wydaje, so... don't judge!" Magda Mielke www.e-teatr.pl www.teatrdlawas.pl Link do źródła 17-06-2017 Wybrzeże Sztuki - inauguracja. Kiedy widzowie staną się sędziami "Sekretne życie Friedmanów" wg scenar. i w reż. Marcina Wierzchowskiego z Teatru Ludowego w Krakowie na Wybrzeżu Sztuki w Gdańsku. Pisze Grażyna Antoniewicz w Polsce Dzienniku Bałtyckim. Intrygujący spektakl "Sekretne życie Friedmanów" Teatru Ludowego z Krakowa rozpoczął IX edycję przeglądu. Duża Scena Teatru Wybrzeże, na widowni tylko 60 osób. Przybyliśmy, aby poznać historię Arnolda Friedmana, który cieszy się opinią świetnego nauczyciela, a w domu uczy dzieci gry na pianinie i pracy z komputerem. Oskarżono go o pedofilię, ta historia wywołała medialną nagonkę w Stanach Zjednoczonych, a w roku 2003 stała się kanwą filmu dokumentalnego "Capturing the Friedmans" w reżyserii Andrew Jareckiego. Oglądamy krótki dokument o szczęśliwej rodzinie bezpiecznie zasiadając na widowni. Jeden z aktorów zaprasza nas za kulisy, gdzie zaaranżowano pokój w domu Friedmanów. Mamy szukać dowodów winy. Widzowie włączają się do akcji. Udział jest dobrowolny, zaglądamy do szaf, pod poduszki na kanapie, buszujemy w biblioteczce. Wśród nas krążą aktorzy - rodzina i policjanci, wreszcie jeden z funkcjonariuszy znajduje pornograficzne pisemko z udziałem dzieci. Jesteśmy świadkami aresztowania Friedmana (w tej roli absolutnie rewelacyjny Piotr Pilitowski), gniewu synów i rozpaczy żony. Już wiemy - to pedofil. Przemieszczamy się w ślad za akcją. Przechodzimy do sali komputerowej, zasiadamy za stołami, aby poznać odrażającą historię nauczyciela i jego 18-letniego syna Jessego, który jak twierdzą ofiary pomagał. Ojciec i syn nie przyznają się do winy. Zaczynamy mieć wątpliwości. Jaka jest prawda? Wędrujemy dalej, do aresztu, więzienia, sali rozpraw i znów do pokoju Friedmanów, stajemy się uczestnikami wydarzeń. Przez trzy godziny teatralne zaplecze i Scena Malarnia stają się miejscem rekonstrukcji zdarzeń. Reżyser Marcin Wierzchowski umiejętnie buduje sytuację podglądania prywatnego życia Friedmanów, zacierając granice między widzami a aktorami. Wielkim atutem przedstawienia jest znakomita gra aktorów, grają blisko, na wyciągnięcie ręki bez bezpiecznej rampy scenicznej, bezbronni. Widać wtedy i słychać każdy fałsz, którego tu nie ma - jest sama prawda sceniczna. Davida gra (Patryk Palusiński), Setha (Jakub Klimaszewski), Jessego - Piotr Franasowicz - wybitnie utalentowany młody aktor. Nieruchoma twarz, wielkie wyraziste oczy, potrafi wyrazić wiele jednym spojrzeniem. Ponadto Małgorzata Kochan jako żona - (ciekawa rola) oraz Jagoda Pietruszkówna, która wcieliła się w sędzinę i adwokatkę. Scenografię zaprojektowała Barbara Ferlak, a kostiumy Ewa Mroczkowska. Realizatorzy spektaklu nie przesądzają o winie albo niewinności oskarżonych - tę ocenę zostawiają nam, widzom. "Wybrzeże Sztuki - inauguracja. Kiedy widzowie staną się sędziami" www.e-teatr.pl Grażyna Antoniewicz Polska Dziennik Bałtycki nr 140 19-06-2017 Orgazm ("Sekretne życie Friedmanów") "Sekretne życie Friedmanów" w reż.Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Stroix na stronie ha.art.pl «Koleżanka płci męskiej sfoszyła się ostatnio, że nic nie wie o Ludowym, kto nie widział ich Friedmanów. Czyli że ja nie wiem - a się mądrzę po internetach, "wszystko już wiem" po tym dennym "Rewizorze". Znacie ten typ koleżanki, która wierzy w niekrzywdzenie, w szkole powinna pracować, bo i tak wszyscy mają u niej z zachowania pałę. Dobra, myślę sobie, pójdę, nie będzie mi królewna robić ego tripa. No i muszę przyznać jej/mu rację. Nie muszę - chcę! "Sekretne życie Friedmanów" w Teatrze Ludowym nie tylko nie ssie pałki, ale jest w ogóle jakimś objawieniem. W LUDOWYM, HELOŁ! Efekt wow spotęgowany tym, że z zaskoczenia, efekt wow na 200%. Jestem psychofanem TEGO od pierwszego wejrzenia. Niektórych spektakli nie trzeba dojeżdżać, bo robią to sobie same, ten sam sobie robi przysługę, jest samoistnie zajebisty, tylko trzeba Wam powiedzieć, żebyście wiedzieli. Dawno nie widziałem czegoś tak wciągającego i działającego. Gały mi wyszły z orbit i patrzyłem jak zaczarowany. Trzeba na to wbijać drzwiami i oknami, sam teraz żałuję, że nie wbiłem wcześniej. Zwłaszcza że tej z nazwiskiem fałszywie sugerującym, że jest panieńskie - no wybitnie jej nie siadło, waliła się po fejsie (fejspalm) i kręciła główką. NAJLEPIEJ. Jaram się tym bardziej, im bardziej ona "myśli, że zdechnie". Że jestem w Nowej Hucie na scenie Stolarnia, wiedziałbym nawet po ciemku, po zapachu. Nie pachnie - jebie. No wiem, "problemy konstrukcyjne", może ktoś sypnie na remont. Tymczasem powstało dzieło z grzybem jako środkiem artystycznym. Uwzględnili. Bo jak mówiła Joanna Chmielewska: jak się nie da wytępić, trzeba polubić. Mógłby być tytuł Coś tu śmierdzi i byłaby to i prawda, i site-specific. Bo chyba wiecie, o czym to jest - o czymś takim, że nawet gdyby się okazało nieprawdą, to smród zostanie. Nie wiem, dlaczego ten spektakl jest tak hipnotajzing, ale chyba nie jest to zasługa grzyba. Bardziej aktorów. Mamy ich, ich postaci, jak na patelni, w sytuacjach intymnych, będąc dla nich trzydziestoosobowym wjazdem na chatę. Wszyscy, wszyscy, ale oczywiście mam swoich favorites. Piotr Pilitowski gra jakby Zdzisława Beksińskiego la Andrzej Seweryn, te sweterki, te okularki, ten mrok within pod "pełną kulturką", ale to żaden zarzut, wychodzi mu tak, że można go, jego postać, i oskarżyć, i pokochać. Pan Friedman Pilitowskiego jest właśnie taki, że nie wiadomo - zrobił to, nie zrobił. Tak czy siak, współczujesz, a nie każdy aktor umie wywołać empatię. Piotr Franasowicz jest podporą Ludowego w młodym pokoleniu i nic się w tym temacie nie zmienia, pięknie nam gra, choć to chyba nie to słowo. Skutecznie. I są nabytki, zwłaszcza jeden, na razie gościnny, prosimy na stałe: Jakub Klimaszewski. Przeszywające spojrzenie, mega talent, jeśli potrafię ocenić po jednym "okazaniu", widownia, którą tu reprezentuję, domaga się więcej. Grają rodzinkę jak z "dowcipów o łotewskich chłopach", the last of Latvia (por. The Last of England Dereka Jarmana lub Forda Madoxa Browna), trauma, mrok, cierpienie. Ale to oni, nie widzowie, cierpią. Przedstawienie jest na temat i niewydziwnione, już po pół godzinie łaziłem za nimi jak owca. (Przepraszam lewicę za to porównanie, za antropocentryzm). To, że proszą przejść dalej, czyni nudę niemożliwą. Dużo scenariusza wzięte podobno z "Capturing the Friedmans", ale skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć, filmów nie oglądam, chyba że w robocie, więc powtarzam jak debil. Nie ma w tym teatrze widocznej agenda, żadnego wielkiego planu, jak to nas twórcy niby sprowokują i przymuszą do reakcji. Jest coś dużo lepszego i trudniejszego w wykonaniu: stół szwedzki z energią, tutaj taka, tutaj taka, teatr adekwatnie psychologiczny i brak puenty. Teatrolożki niech się nie boją, dla nich też coś będzie, tutaj taka opresja, tutaj taka... Jest ARCHIWUM, jest historia rzeczy, wyparcie, coś sobie znajdziecie. Z drugiej strony jest to teatr dobrze zrobiony, w ogóle: zrobiony, zawodowy, przedpostdramatyczny, aktorzy potrafią mówić i jeśli na coś chorują, to nic o tym nie wiadomo, więc nie wiem, czy macie tam czego szukać, teatrologowie. A jeśli cały tekst się zastanawiałeś, o czym jest to przedstawienie, to o pedofilii. Stroix - krytyk teatralny "Przekroju", aka Destroix.» "Orgazm ("Sekretne życie Friedmanów")" Stroix www.ha.art.pl Link do źródła 22-03-2017 20.01.2017 "Osiem aktorskich gwiazd Krakowa minionego sezonu" Łukasz Maciejewski Polska Gazeta Krakowska nr 16 Dziesiątki znakomitych ról - w teatrze, telewizji, w lanie. Aktorski Kraków nie miał w tym sezonie powodów do narzekań - pisze krytyk Łukasz Maciejewski w Polsce Gazecie Krakowskiej. - Niniejszy ranking jest wyborem subiektywnym. Mogłoby znaleźć się w nim więcej cenionych przeze mnie nazwisk, jednak każdemu z opisanych artystów zawdzięczam największe tegoroczne olśnienia. W ostatnim sezonie w aktorskim Krakowie było ciekawie: w Starym co najmniej kilka wybitnych przedstawień - z "Podopiecznymi" i "Płatonowem" na czele; świetne "Wszystko o mojej matce" w Łaźni; znakomity "Rytuał" w Teatrze im. Słowackiego. Stały, całkiem niezły poziom teatru tradycyjnego utrzymuje Bagatela i Scena .. To był także rok zmian i pożegnań. W Teatrze Ludowym i im. Słowackiego zmieniła się dyrekcja, po wielu latach z zespołu Teatru Starego odeszła ikona tej sceny - Małgorzata Hajewska, pożegnaliśmy także przedwcześnie zmarłego Marcina Kuźmińskiego, oraz najwybitniejszego związanego z Krakowem twórcę filmowego i teatralnego, Andrzeja Wajdę, dzięki któremu wielu naszych aktorów, na scenie czy w kinie stworzyło życiowe kreacje. (...) 3. MAŁGORZATA KOCHAN W zespole nowohuckiego Teatru Ludowego nieprzerwanie od 1989 roku, ale dawno nie otrzymała propozycji tak ciekawej i wieloznacznej jak Elaine w "Sekretnym życiu Friedmanów" w reżyserii Marcina Wierzchowskiego. Spektakl inaugurujący dyrekcję Małgorzaty Bogajewskiej jest wydarzeniem - to również zasługa pierwszorzędnie dobranych i poprowadzonych aktorów. Na rozemocjonowanym aktorsko tle, Elaine Friedman w wykonaniu Małgorzaty Kochan zaskakuje powściągliwością. Aktorka obsadzana dotąd często w rolach komediowych, w "Sekretnym życiu..." pokazała skalę możliwości dramatycznych. Elaine to matka zmagająca się z rodzinną tragedią, tragedią przerastającą i ją, i resztę rodziny. Bohaterka Kochan nie posiada możliwości intelektualnych, żeby poradzić sobie z rodzinnym trzęsieniem ziemi. Nigdy by tego nie powiedziała głośno, ale czuje się winna za grzech perwersji niekochanego męża, za chorobliwe namiętności syna. Nie nauczyła się ich kochać należycie, ponieważ jej również nikt nigdy nie pokochał. Elaine nie zna także pojęcia czułości - co to jest czułość? Wie tylko, że bardzo się boi. Sekretne życie Friedmanów to również jej życie i jej sekret. Nic więcej nie ma. (...) 5. PIOTR PILITOWSKI Arnold Friedman w "Sekretnym życiu Friedmanów" to najważniejsza rola w długiej karierze cenionego aktora Teatru Ludowego. Na tę wyjątkową kreację zapracowały wszystkie wcześniejsze dokonania jednego z najchętniej obsadzanych artystów nowohuckiej sceny. Pilitowski perfekcyjnie odnalazł właściwy ton konieczny do odnalezienia tożsamości i charakteru postaci Friedmana. Najważniejszy jest bowiem rozsadzający scenę niepokój wewnętrzny bohatera maskowany twarzą trefnisia. Twórcy "Sekretnego życia Friedmanów" nie przesądzają, czy oskarżony o przestępstwa seksualne Arnold był winny zarzucanych mu potwornych czynów, albo do jakiego stopnia był ich winny. Nie to jest tematem sztuki. Bohater Pilitowskiego staje się punktem odniesienia dla wszystkich wstydliwych sekretów ukrywanych w czterech ścianach wszystkich dobrych domów strasznych mieszczan. Wstrzymajmy się z osądem, nie rzucajmy kamieniem. Zbyt wiele wątpliwości. Arnold stoi przed nami w nietwarzowych okularach, z dziwnym grymasem, jakby zaraz miał się roześmiać. A może to łzy? (...) 15.02.2017 "Proces" Zuzanna Berendt Internetowy Magazyn "Teatralia" nr 190/2017 "Sekretne życie Friedmanów" wg scenar. w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Zuzanna Berendt w Teatraliach. Nostalgiczny krajobraz złożony z mebli z lat osiemdziesiątych, starych zabawek, fotografii rodzinnych o charakterystycznych, nasyconych kolorach, rozciąga się już we foyer. Wprowadzenie widzów w spektakl właśnie poprzez scenografię, której estetykę wyraźnie identyfikujemy z czasem około transformacyjnym, powoduje natychmiastowe skrócenie dystansu między publicznością a bohaterami, o których jeszcze właściwie nic nie wiemy. Łagodne zadomowianie się publiczności w znajomym krajobrazie gwałtownie przerywa wiadomość o tym, kim w rzeczywistości są Friedmanowie. Przed spektaklem w Teatrze Ludowym nie obejrzałam filmu dokumentalnego Andrew Jareckiego i nie wiedziałam nic na temat jego bohaterów. Film Jareckiego zawiera bardzo dużo nagrań z prywatnego archiwum Friedmanów, rejestrujących ich życie rodzinne. Wierzchowski nie wykorzystał ich w spektaklu, ale nagrał na nowo z aktorami Teatru Ludowego, w zbudowanej w teatrze scenografii. Kiedy zobaczyłam te odtworzone, kręcone amatorską kamerą, wyświetlane na dużym ekranie umieszczonym na scenie Stolarnia, rodzinne filmy, jedynie amerykańskie imiona bohaterów - Arnold, Jesse, David - zasugerowały mi, że twórcy nie rekonstruują polskiej rzeczywistości lat osiemdziesiątych. Wydaje się, że zaufanie i ciekawość widzów wobec kolejnych przestrzeni, w których rozgrywa się spektakl, twórcy budują przede wszystkim poprzez zapewnianie im poczucia, że jest to estetyka dobrze znana i przyjazna. Sprawa Friedmanów, film Jareckiego, początkowo miał być opowieścią tylko o Davidzie Friedmanie, najstarszym synu Arnolda i Elaine, nowojorskim klaunie zabawiającym dzieci podczas przyjęć urodzinowych. Reżyser odkrył jednak, że David znajduje się niejako w cieniu upiornej rodzinnej historii, której początek sięga 1987 roku, kiedy do domu Friedmanów weszli funkcjonariusze policji w celu przeszukania mieszkania pod kątem pornografii dziecięcej. Śledztwo wykazało, że Arnold Friedman i jego najmłodszy syn, Jesse, podczas zajęć komputerowych dla dzieci z okolicy, odbywających się w piwnicy domu, dopuszczali się na nich molestowania seksualnego, gwałtów i przemocy fizycznej. Marcin Wierzchowski zaczyna swój spektakl właśnie w momencie przeszukania. Andrew Jarecky (Ryszard Starosta), przewodnik po przestrzeniach, w których w związku ze sprawą przebywają Friedmanowie, poleca publiczności przeszukanie domu, pod kątem obecności "podejrzanych" przedmiotów. Widzowie błyskawicznie ruszają przetrząsać szafki i półki, bo Jarecky powiedział o ukrytych w domu dwóch banknotach pięćdziesięciozłotowych. Kiedy wszystkie szafki zostają już otwarte, do domu wchodzi Elaine, nie zdając sobie sprawy z powodu przeszukania. Scenografka, Barbara Ferlak, wykorzystała niemal całą przestrzeń budynku, w którym znajduje się Scena Stolarnia, zmuszając widzów do ciągłego przemieszczania się pomiędzy lokacjami. Ferlak oprócz domu Friedmanów, odtworzonego na podobieństwo tego, co zachowało się na ich prywatnych nagraniach, zaaranżowała między innymi wnętrza aresztu śledczego, więzienia i sali sądowej. Scenografka osiągnęła efekt rzeczywistych, a nie teatralnych przestrzeni,przede wszystkim wykorzystując zróżnicowane parametry pomieszczeń znajdujących się w budynku, pełniących zazwyczaj pozaartystyczne funkcje. W niewielkiej sali bez okien z powodzeniem została zaaranżowana sala przesłuchań, a w ograniczonym metalowymi drzwiami zaułku, cela więzienna Arnolda. Sekretne życie Friedmanów to teatralne wydarzenie wykraczające zarówno poza ramy teatru, jak i wizji lokalnej (którą sugeruje na przykład wierne odtworzenie przestrzeni domowych) oraz publicznego procesu sądowego, posiadającego przecież potencjał teatralny. Twórcy w niezwykle ciekawy sposób problematyzują obecność publiczności występującej niejako w roli świadków rozwoju śledztwa . Wierzchowski dał widzom bezpośredni dostęp do przestrzeni prywatnych rodziny, zdecydowanie zbyt ciasnej dla takiej ilości osób, co daje poczucie naruszenia przestrzeni intymnej bohaterów. W miejscach reprezentujących instytucje publiczne, jak na przykład sądzie albo sali kinowej, publiczność zajmuje miejsce tych, wobec których prowadzi się śledztwo, jest reprezentacją społeczeństwa. W scenie sądu przestrzeń zaaranżowano tak, że widzowie zajmowali miejsca właściwie publiczności procesowej, w ławkach ustawionych dookoła miejsca przesłuchań. Reżyser w centrum umieścił postaci Arnolda i Jesse'go i ten duet aktorski jest wielką bardzo mocnym punktem spektaklu. Piotr Pilitowski gra powściągliwie, emocje wyrażając za pomocą minimalnych gestów, zaciśniętych pięści i stężałej twarzy nabierającej purpurowego odcienia. Piotr Franasowicz, grający najmłodszego syna Arnolda, jest dużo bardziej ekspresyjny i dynamiczny w ruchu. Jego bohater, miotający się w ciągłej panice, wydaje się jednak dużo słabszy niż Arnold Pilitowskiego, który jest postacią monstrualną, a jednocześnie emocjonalnie zamkniętą. Reżyser pozostawia nas bez odpowiedzi co do tego, czy Friedmanowie rzeczywiście byli winni. Przedstawia zeznania dzieci-ofiar, ale mówi również o nieprawidłowościach w śledztwie i stosowaniu metod (na przykład hipnozy), które mogły prowadzić do implantacji fałszywych wspomnień w przesłuchiwanych. Ogromne napięcie, rosnące z każdą kolejną zmianą lokacji i przechodzeniem przez kolejne etapy śledztwa aż do wydania na mężczyzn wyroku skazującego, nie zostaje w finale rozładowane. Co ciekawe, Wierzchowski wykorzystał i odtworzył w spektaklu wiele scen z filmu Jareckiego, pochodzących z prywatnego archiwum Friedmanów. Amatorskie nagrania przedstawiają życie szczęśliwej rodziny. Nie ma w nich nic, co mogłoby sugerować, że istnieje między nimi głęboko skrywana i mroczna tajemnica. Rodzinna kamera zarejestrowała zaledwie powierzchnię ich życia. Wierzchowski ponownie rozszerzył rzeczywistość zarejestrowaną na taśmie, przenosząc ją do żywego planu, ale to wciąż nie pozwala na podanie jednoznacznej ________________________________________________________________________________ 02.02.2017 "Bliskie spojrzenie" Jacek Wakar, Polskie Radio Uroda życia nr 2 "Sekretne życie Friedmanów" wg scenar. i w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Jacek Wakar w Urodzie życia. "Sekretne życie Friedmanów" to spektakl, w którym poznajemy tajemnice pewnej amerykańskiej rodziny. Intensywny i niezwykły. Reżyser Marcin Wierzchowski oparł swoje przedstawienie przede wszystkim na filmie dokumentalnym "Capturing The Friedmans" Andrew Jareckiego, nominowanym kilkanaście lat temu do Oscara (wygrał również festiwal kina niezależnego w Sundance). Do tego doszły liczne materiały sądowe. Wszystko po to, aby dowiedzieć się, czy niejaki Arnold Friedman i jego syn Jesse dopuścili się czynów pedofilskich. Arnold - ceniony nauczyciel - prowadził w swym domu zajęcia z obsługi komputera dla chłopców w wieku szkolnym, a Jesse mu w tym pomagał. W trakcie przedstawienia w Ludowym raz zdaje się, że oskarżenie poparte jest niezbitymi dowodami, za chwilę mamy jednak zwrot, każący sądzić, że Friedmanowie zostali niesłusznie oskarżeni. Kibicujemy im, bo Friedmanowie są tacy jak my - zwyczajna, kochająca się rodzina. Ojciec, matka, trzech synów, ustabilizowane, niezmienne od lat życie. Czy straszne posądzenie ma im to wszystko odebrać? Niezwykłość przedstawienia polega na tym, że obejmuje ono swym zasięgiem cały budynek, w którym mieści się Scena Stolarnia Teatru Ludowego. W jednym z pomieszczeń jest mieszkanie Friedmanów - możemy obejrzeć płyty, których słuchają, ich plakaty na ścianach, kolację na stole. Potem przenosimy się do sali komputerowej, policyjnego pokoju przesłuchań, aresztu śledczego, wreszcie do sądu i do sali projekcyjnej. Imponuje logika i precyzja, z jakimi opracowano tę trasę po tajemnicach amerykańskiej rodziny, ale też forma aktorów Teatru Ludowego. Grają tuż obok nas, czasem możemy usiąść obok nich na tej samej kanapie. Patrzymy na wykonawców jak w filmowym zbliżeniu, możemy dostrzec każdą zmarszczkę na ich twarzach. Wydaje się, że Arnold (fantastyczny Piotr Pilitowski) w wytartych dżinsach i wielkich okularach to facet, którego mijaliśmy w drodze do teatru w Nowej Hucie. Niezwykły, szalenie intensywny spektakl. 27.12.2016 Z fotela Maciejewskiego: MOJA TEATRALNA DZIESIĄTKA. (...) 3. Marcin Wierzchowski, Daniel Sołtysiński, „Sekretne życie Friedmanów”, reżyseria Marcin Wierzchowski, Teatr Ludowy, Kraków Najpiękniejsza teatralna niespodzianka tego roku. Łażenie z pokoju do pokoju, z góry na dół, i z powrotem na górę. Pokój Friedmanów, posterunek policji, sąd nad Friedmanami. W tych pokojach wiszą stare plakaty, wycinki z gazet, są zdjęcia, niektóre z nich niesmaczne, zabazgrane pocztówki. Sąd nad Friedmanami jest w głowach widzów, w sumieniach. Wspólnie kręcimy film o perwersji, pożądaniu, o lęku i poprawności politycznej. Film o nas, nie o nich. Autorce scenografii, Barbarze Ferlak, należy się teatralny Oscar. Nie tylko jej. Także reżyserowi, aktorom, dramaturgom. Nowe otwarcie „Ludowego”, wybitny spektakl. 02.12.2016 W programie Tygodnik Kulturalny o spektaklu „Sekretne życie Friedmanów” opowiada Jacka Wakar. link do programu 02.12.2016 Jacek Wakar Gazeta Prawna Sekretne życie Friedmanów”. Sami nie jesteśmy tacy, za jakich się uważamy. TEATR LUDOWY | Siła „Sekretnego życia Friedmanów” polega na powstrzymaniu osądu. Podglądamy bohaterów, siadamy obok nich, łapiemy z nimi kontakt, za chwilę okazuje się, że nic nie jest takie, jak nam się zdaje. Mocne, niecodzienne zdarzenie Teatr Ludowy przez wiele ostatnich lat był na marginesie krakowskiego życia teatralnego. Przed laty, już za mojej pamięci, rozsławił go Jerzy Fedorowicz działaniami angażującymi społeczność Nowej Huty, która wówczas nie miała na miejscu jakiejkolwiek kulturalnej alternatywy. Głośna była chociażby inscenizacja „Romea i Julii” Szekspira, gdyż dyrektor Fedorowicz zaprosił do udziału w niej skinów i punków z okolicznych osiedli, po czym obsadził ich w rolach przedstawicieli zwaśnionych rodzin. Rozgłos zyskały też spektakle Jerzego Stuhra z nim samym w rolach głównych, choć odbiegały poziomem od najważniejszych osiągnięć artysty. Z czasem Ludowy tracił znaczenie, na pierwszy plan, z braku istotnych wydarzeń, wysunęły się wciąż podejmowane tam z pasją inicjatywy edukacyjne. Jak na teatr było to jednak dużo za mało. Do tego pod bokiem wyrosła nowohuckiej scenie konkurencja – prężnie rozwijająca się Łaźnia Nowa, i zaanektowała swą aktywnością nie tylko własne okolice. Przyznaję, nie bywałem w ostatnich latach w Ludowym. Nie czułem potrzeby, a i teatr nie wydawał się szczególnie zainteresowany przyciąganiem krytyków. Obecny sezon przynosi jednak nowy początek. Kierownictwo w Ludowym objęła Małgorzata Bogajewska i teraz musi odbudować teatr na – powiedzmy delikatnie – nadpalonej ziemi. Na powrót przekonać ludzi, że warto w Ludowym bywać, nowej publiczności udowodnić, iż Nowa Huta jednak jest w Krakowie, co do tej pory udawało się sąsiadom z Łaźni. Do tego jeszcze dać nowy impuls aktorskiemu zespołowi, przyciągnąć do współpracy inspirujących reżyserów. Zadanie ekstremalnie trudne, ale piekielnie pociągające. Pewnie nie na tygodnie ani nawet miesiące, raczej na lata. Pierwszy krok został jednak zrobiony już na starcie. Nazywa się „Sekretne życie Friedmanów” i w niczym na pierwszy rzut oka nie przypomina spektakularnej inauguracji. Wyobrazić sobie można na taką okazję na przykład efektowne widowisko głośnego reżysera, dajmy na to według klasycznego tekstu. Albo rzecz napisaną na specjalne zamówienie przez modnego dramaturga, wówczas ogłosić można zawsze dzieła prapremierę. Tymczasem spektakl Marcina Wierzchowskiego nie jest podobny do czegokolwiek innego, co dziś oglądać można nie tylko na krakowskich teatrach. Temat trudny, forma wymagająca aż do granic możliwości, w dodatku na widowni ze czterdzieści osób. Zatem historia kameralna, w sam raz na małą scenę, drobiazg na przetarcie? Nic podobnego. „Sekretne życie Friedmanów” ogarnia cały budynek, w którym mieści się Scena Stolarnia. Zabiera widzów w podróż, nie obiecując, jaki będzie jej koniec, ile to będzie kosztowało. Zawłaszcza ich emocje, wymagając czegoś jeszcze trudniejszego od aktorów. Mają stanąć przed nami dziwnie bezbronni, odrzucić wszystkie triki i wyuczone gry. Zdjąć z siebie aktorstwo, a wyeksponować intymność, rzecz jasna cały czas pozostając w rolach. Przyznam, że dawno nie przytrafiło mi się w teatrze czuć się tak zaanektowanym przez przedstawienie, wejść w jego świat tak intensywnie, aby być (wraz z innymi takimi jak ja podglądaczami) jego częścią. Dziwaczni Friedmanowie niepostrzeżenie stają się nam nieobojętni, może nawet bliscy. Niezależnie od tego, co zrobili lub czego nie zrobili. Jak działa cała ta gra? Wpierw poznajemy reżysera Andrew Jareckiego (Ryszard Starosta). To on nakręcił w 2003 r. dokument „Capturing The Friedmans”, dostał za niego nominację do Oscara oraz wygrał festiwal niezależnego kina w Sundance. Marcin Wierzchowski wraz z dramaturgiem Danielem Sołtysińskim uczynili z niego narratora całej tej opowieści i przewodnika dla publiczności, kierującego ją czasem w odkryte, a czasem zakazane rewiry życia bohaterów. Przeszukujemy zatem dom Friedmanów, chcąc, jak oficerowie śledczy, odnaleźć dowody winy ojca rodziny. Potem trafiamy do sali komputerowej, gdzie miał dopuszczać się swoich zbrodni. Patrzymy na ojca, matkę i ich synów, gdy trawią straszliwe oskarżenie. Obserwujemy ich też w niezobowiązujących chwilach, przy okazji, łapczywie wertując wzrokiem płyty, fotografie, zawieszki na ścianach, domowe sprzęty. Trafiamy na przesłuchanie ojca i syna na policyjnym posterunku, za jakiś czas do sali rozpraw. Odbywamy spotkania z adwokatami Arnolda i Jessego, przedstawiającymi nam linie obrony, a także swe wątpliwości. Nie policzyłem, ile lokalizacji – miejsc akcji, w każdym razie co chwila ruszamy w kolejny etap podróży. Nie jest to tylko teatralna wędrówka, choć reżyser i autorka scenografii Barbara Ferlak nadali seansowi w Ludowym niecodzienną formę. Oczywiście, zdarzały się w przeszłości widowiska rozgrywane w wielu przestrzeniach, ale służyło to przede wszystkim spotęgowaniu ich atrakcyjności. Oglądając „Sekretne życie Friedmanów” szybko łapiemy się na tym, że pomysł na inscenizację spaja się z jej treścią. Inaczej tej historii – licząc na podobny efekt – nie dało się opowiedzieć. Wieczór z Friedmanami nie kończy się jednak na ich podglądaniu. Na tym, że jak we wspaniałych „Tragediach rzymskich” Ivo van Hove’a, przywiezionych do Polski kiedyś z Amsterdamu, możemy usiąść na kanapie obok aktora, a gdy się postaramy, zajrzeć mu w talerz z zupą. Kontakt z wykonawcami jest tu najbliższy, co za tym idzie, jesteśmy ekstremalnie blisko bohaterów. Arnold (wspaniały Piotr Pilitowski jako dzisiejszy everyman) jest nauczycielem obsługi komputerów. Ma trzech synów, kochającą żonę – modelowa rodzina. Tyle że pan Friedman lubi chłopców. Na psychoterapii usłyszał, że lepiej, by rozładowywał napięcie, oglądając pornograficzne pisemka. Kiedyś mu jednak to nie wystarczyło, ale to było osiemnaście lat temu. Teraz zostaje oskarżony o gwałt i wykorzystanie bodaj dwudziestu swoich uczniów. Mieli od ośmiu do jedenastu lat, chodzili do Friedmana na zajęcia pozalekcyjne. W procederze miał również aktywnie uczestniczyć syn Arnolda, Jesse (szalenie sugestywny Piotr Franasowicz). Od samych opisów ich poczynań aż cierpnie skóra. Jednak autorzy przedstawienia w Ludowym, podobnie zresztą jak reżyser amerykańskiego dokumentu, nie przesądzają o winie albo niewinności oskarżonych. Arnold Piotra Pilitowskiego w wielkich okularach i wysoko podciągniętych dżinsach wydaje się szarakiem, uosobieniem poprawności, miłości rodzicielskiej i małżeńskiego oddania. Rodzina też zwyczajna. Z czasem stajemy się uczestnikami ich traumy i zdobywamy się nawet na współczucie. Za chwilę pojawiają się wątpliwości: czy oni aby na to zasługują? I tak do końca, bo nie będzie rozstrzygnięcia. Sprawa nie w pedofilii, „Sekretne życie Friedmanów” jak ognia unika publicystycznej jednoznaczności. Marcin Wierzchowski chyba nie wie, czy Friedmanowie byli winni. Zapewne nie wiedzą tego również występujący w przedstawieniu wykonawcy. Nie muszą, bo nie to jest najważniejsze. Zdarzenie w Teatrze Ludowym każe zrozumieć, że sami nie jesteśmy być może tacy, za jakich się uważamy albo jakimi chcielibyśmy się widzieć. Mnie dobrego ode mnie złego dzieli ostrze brzytwy. Pod powierzchnią życia jest drugie, może trudne do zaakceptowania. Wyrugowanie go może okazać się ponad siły. Mówi się o tym w krakowskim spektaklu, nie formułując objawionych prawd, ale jedynie przypuszczenia. Mimo że są tu sceny, z których wręcz wylewają się także chore emocje oraz agresja, raczej szeptem niż krzykiem. Fenomenalnie usposobieni i imponująco odważni aktorzy Teatru Ludowego odwzorowują przed nami zwyczajne życie, z całą jego fascynującą zwyczajnością i dramatyzmem, na przykład wtedy, gdy podczas przejść do kolejnych miejsc zagadują widzów, dopowiadając historie swych postaci. Nawet na chwilę nie zapominamy jednak, że mimo dokumentalnego źródła „Sekretnego życia Friedmanów” tkwimy głęboko w iluzji. Teatr jest bowiem zawsze iluzją, tylko tym razem działa ona tak mocno, że seans staje się wspólnym przeżyciem. Ich tam za niewidoczną rampą i nas tu krok od nich. A może ten podział jest kompletnie bez sensu? 24.11.2016 Katarzyna Szatko Teatr dla was Publiczny proces rodziny „Czym różni się Rosja od Ameryki?” - pyta w końcowej części spektaklu jeden z bohaterów swojego brata. I choć odpowiedź nie jest już dziś tak oczywista, jak sugeruje („W Rosji media kłamią i wszyscy o tym wiedzą. W Ameryce media kłamią i nikt o tym nie wie”), pytanie o medialną i społeczną manipulację, informacyjną dezintegrację i pozorny obiektywizm faktu staje się kluczowe dla spektaklu "Sekretne życie Friedmanów" w reżyserii Marcina Wierzchowskiego. Projekt twórców to bez wątpienia propozycja nowatorska i nietypowa w repertuarze Teatru Ludowego. Na niespełna trzy godziny cała przestrzeń budynku Sceny Stolarnia staje się miejscem teatralnej rekonstrukcji i adaptacji zdarzeń, które w latach 80. wywołały medialną sensację w Stanach Zjednoczonych, a w roku 2003 stały się kanwą filmu dokumentalnego „Capturing the Friedmans” w reżyserii Andrew Jareckiego. W roku 1987 amerykański informatyk i nauczyciel, Arnold Friedman, i jego syn Jesse zostali oskarżeni o wykorzystywanie seksualne dzieci, które uczestniczyły w zajęciach informatycznych w ich domowej pracowni komputerowej. Scena, kulisy, pomieszczenia techniczne i teatralne pokoje zostają zaaranżowane na miejsca, w których rozgrywał się prywatny dramat rodziny oraz publiczny proces zarzutów i obrony. Zgodnie z zapowiedzią twórców stajemy się nie tylko widzami, ale przede wszystkim świadkami i uczestnikami zdarzeń, które wymykają się z binarnej klasyfikacji na dobre i złe, uniemożliwiając jednoznaczny sąd nad bohaterami. Spektakl rozpoczyna projekcja filmu z rodzinnej kroniki, podczas której poznajemy Arnolda Friedmana (Piotr Pilitowski) oraz jego trzech synów: Davida (Patryk Palusiński), Setha (Jakub Klimaszewski) oraz Jessego (Piotr Franasowicz). Jego gagowy i komediowy charakter, w którym ujawnia się bliska i przyjacielska więź pomiędzy bohaterami, w żaden sposób nie zapowiada dramatu, jaki za chwilę wystawi na próbę rodzinne relacje. Zagubiony i przestraszony Jesse, który pojawia się na scenie jako pierwszy i z sentymentem wspomina swoje dzieciństwo, w niczym nie przypomina seksualnego przestępcy. Dlatego wzbudzi w nas więcej współczucia, aniżeli wstrętu i pogardy, gdy chwilę później w bezwzględny sposób zostanie przesłuchany przez detektywów: Frana Galasso (Maja Pankiewicz) i Squeglia (Kajetan Wolniewicz), nieomylnie przekonanych o winie Friedmanów. Ta zmienność punktów widzenia, wielość narratorów zdarzeń i kolizja relatywnych dowodów stanie się główną strategią reżysera, który w żaden sposób nie pozwala na jednoznaczną i bezwzględną ocenę. Na samym początku dochodzenia do prawdy stoi sprzeciw wobec oczywistości, którą należy porzucić na rzecz poszukiwania, dedukcji i spekulacji. W tę wędrówkę po miejscach domniemanej zbrodni, oskarżeń i wyroku zabiera widzów Andrew Jarecky (Ryszard Starosta), który w roli narratora i przewodnika inicjuje teatralną podróż. Pierwszym przystankiem staje się mieszkanie Friedmanów, przed którego drzwiami widzowie zostają poinformowani, że wraz z przekroczeniem progu stają się członkami grupy śledczej. To udziałem widza jest poszukiwanie dowodów przeciwko Arnoldowi Friedmanowi oraz jego synowi. Jednak obietnica poznania bohaterów, którą dają nam twórcy poprzez możliwość rewizji, szybko okazuje się złudna. Odpowiedzialna za scenografię Barbara Ferlak nie próbuje w dokumentalny sposób odtworzyć rzeczywistości Friedmanów na nowojorskiej Long Island. Przeglądając półki z książkami i kasetami nie dowiemy się kim był i jakiej muzyki słuchał Arnold Friedman. Żółta meblościanka z kryształem za szybą i welurowa wersalka na środku pokoju bardziej przypominają PRL-owski wystrój, niż amerykańskie realia lat 80. Zapewne twórcy chcą w ten sposób przekonać o uniwersalności casusu Friedmanów, jednak widz zachęcony do inwigilacji głównych bohaterów ma nadzieję na bliskie doświadczenie ich prywatnego świata. W takiej przestrzeni poznajemy Arnolda i jego żonę Elaine na chwilę przed aresztowaniem głównych bohaterów. Każda następna scena przenosi widzów do innego miejsca zdarzenia, dostarczając nowych dowodów i zeznań, a każda kolejna postać komplikuje sąd nad oskarżonymi. Matka molestowanego dziecka, która broni (!) oskarżonego („Gdyby mojemu dziecku działa się tam krzywda, nie chodziłoby tak chętnie na zajęcia!”), matka i brat Arnolda, ujawniający wstydliwe fakty z jego dzieciństwa, przekonana o winie sędzia czy adwokat, przedstawiający medyczną dokumentację Jesse’go Friedmana rzucają nowe światło na sytuację pozornie jednoznaczną. Czy zatem reżyser za wszelką cenę buduje linię obrony oskarżonych? Oczywiście nie. W udany sposób uświadamia, jak łatwo ulec emocjom, społecznej panice i medialnej manipulacji i jak trudno rozstrzygnąć o winie, wydać wyrok i skazać. U podstaw naukowej refleksji nad komunikowaniem masowym leży teoria Harolda Laswella, według której podstawą tego procesu jest odpowiedź na pytanie: kto mówi, co, do kogo, jakim kanałem i z jakim skutkiem? Spektakl "Sekretne życie Friedmanów" przypomina o konieczności samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na te pytania, abstrahując od publicznych insynuacji, powszechnych sugestii i medialnych doniesień. REŻYSER O FRIEDMANACH Każdy czas może sprzyjać polowaniu na czarownice. Przy wszelkich różnicach, jakie zachodzić będą w poszczególnych przypadkach, mechanizm społeczny towarzyszący polowaniu będzie podobny. Nie znaczy to jednak, że różnice nie mają znaczenia. Że skoro powstał na ten temat tekst tak klasyczny jak, powiedzmy, Czarownice z Salem, to nie warto już opowiadać nowych historii. Albo że wszystkie historie, które przynosi do nas rzeczywistość, zawierają się w dramacie Millera. Szczegóły są istotne. W szczegółach tkwi diabeł, który do czynu wiedzie zarówno czarownice, jak i wyruszającą na polowanie społeczność. To „diabeł”, który jest kluczem do pogłębionej diagnozy rzeczywistości, w której dany przypadek ma miejsce. Mimo powtarzalności mechanizmu polowania, ostatecznie to kompozycja szczegółów - rodzaju winy, charakterystyki ofiar, dynamiki spektaklu towarzyszącego polowaniu, rodzaju malleus maleficarum używanego przez społeczność etc. - sprawia, że jakiś przypadek, przy całej swej doraźności i określoności, ma szansę urosnąć do rangi uniwersalnego. Jednym z takich przypadków jest, w moim odczuciu, casus amerykańskiej rodziny Friedmanów, opowiedziany w 2003 roku przez amerykańskiego dokumentalistę Andrew Jareckiego w CAPTURING THE FRIEDMANS, znanym w Polsce jako SPRAWA FRIEDMANÓW. To, że film Jareckiego był w 2004 roku nominowany do Oscara dla najlepszego dokumentu, czytam nie tylko jako wyraz uznania dla niezwykłej pracy reżyserskiej autora, ale również jako świadectwo aktualności/uniwersalności tematu, który porusza. I choć film ma już lat 13 - a w 2017 roku minie 30 lat od zdarzeń, o których opowiada - to świat, który film Jareckiego opisuje, się nie zestarzał: to, niestety, nasz świat, i to o wiele bardziej niż wywołane wcześniej do tablicy Czarownice z Salem Millera, mimo że mechanizmy rządzące oboma przypadkami są pokrewne. Owo BARDZIEJ wydaje mi się dla teatru - i wszelkich sztuk narracyjnych - kluczowe. Diabeł, powtórzę raz jeszcze, tkwi w szczegółach. I rzecz nie w tym nawet, że dramat Millera stracił swoją aktualność (nadal poluje się na kobiety, a jakże); rzecz w tym, że casus Friedmanów według Jareckiego odsłania zupełnie inny horyzont rozmowy o tym, kim jesteśmy my i czym jest społeczeństwo, którego jesteśmy częścią: (a) inaczej definiuje to, co dla nas święte, i to, co jest dla nas tabu; (b) uderza nie tylko w jednostki, ale w rodzinę; (c) zadaje niepokojące pytanie nie tylko o to, gdzie leży prawda, ale nade wszystko o to, czym prawda w ogóle jest; (d) stanowi swego rodzaju medytację nad kwestią winy i nie-winy człowieka; (e) poprzez figurę swoistej ofiary, jaką składa w procesie sądowym Arnold Friedman, historia i jej bohaterowie zyskują tragiczność godną antycznych Greków, nie tracąc przy tym ani krztyny współczesności. Casus Friedmanów - pomimo swej amerykańskości - przekracza ciasne ramy kulturowe i im więcej uwagi mu poświęcam, tym silniej odkrywam mityczną tkankę tej historii i godną Sofoklesa tragiczność losów jej bohaterów. Suma składających się na nią elementów - przekroczenie tabu, wina jednostki, sąd, rozłam wewnątrz rodziny, konsolidacja społeczności przeciwko winowajcom, ofiara składana przez winowajcę dla jego syna - stanowi o jej teatralności i ponadkulturowości. Teatr jest medium, które ma szansę wydobyć z tej historii to, co w filmie siłą rzeczy musiało pozostać stłumione. To, że odbyłoby się to 6900 km od miejsca prawdziwych zdarzeń, tylko wzmacniać będzie uniwersalność przekazu. W moim 12-letnim doświadczeniu reżyserskim zaistniały istotnie zarówno tragedia grecka, jak i teatr dokumentalny. Greckie heroiny otwierały moją teatralną drogę: debiutowałem MEDEĄ według Eurypidesa i Heinera Muellera, zaś Alkestis była jedną z bohaterek napisanych przeze mnie IDIOTEK. Eurypidesa czytałem przez C. G. Junga i zarówno Medea, jak i Alkestis były dla mnie bohaterkami na wskroś współczesnymi, wcieleniami potęgi animy, której cień - lub, jeśli wolimy, światło - zaczyna dominować nad animusem. Potem skupiłem się na całkowicie autorskich historiach, w pracy nad którymi inspirowałem się metodą pracy Mike’a Leigha (praca bez znanego aktorom scenariusza, aktorzy spotykają się wyłącznie w improwizacjach jako postaci itd.), by trzy lata temu na cały rok zwrócić się w stronę dokumentu i zrealizować czteroodcinkowy serial dokumentalny pt. JEŻYCE STORY: POSŁUCHAJ MIASTA. Teatr dokumentalny traktowałem jako odświeżenie i urealnienie własnego spojrzenia na rzeczywistość i konfrontację moich wyobrażeń na temat świata ze światem jednej poznańskiej dzielnicy. Pracując nad tym spektaklem, bardziej niż na międzyludzkich relacjach skupić się chciałem na monologach, głosach, świadectwach, pojedynczych perspektywach: to ich mozaika na przestrzeni czterech półtoragodzinnych, tematycznie zdefiniowanych odcinków tworzyła wielowymiarowość opowiadanej rzeczywistości. Pytanie, jakie towarzyszyło tej dokumentalnej podróży - realizowanej wg wymagającej formuły verbatim, zmuszającej zarówno autorów, jak i aktorów do wierności zachowaniom bohaterów i słowom przez nich wypowiedzianym - brzmiało: Czy fragment zawiera w sobie całość? Inaczej mówiąc: Czy opowiadając o ludziach związanych z jedną dzielnicą, jesteśmy w stanie opowiedzieć o całym mieście, regionie, kraju? Ogólnopolski sukces przedsięwzięcia, a nade wszystko rozmowy z widzami na festiwalach w różnych częściach Polski zdają się udzielać na te pytania odpowiedzi twierdzącej. — CAPTURING THE FRIEDMANS stwarza rzadką możliwość połączenia tych dwóch rodzajów teatralnej narracji i dwóch skrajnie różnych trybów pracy aktorskiej. Myśląc o spektaklu bazującym na filmie Jareckiego, rozpisuję go na pięć postaci (Arnold, Elaine, David, Jesse i Howard) oraz chór, który mówi w imieniu społeczności (rzekomych ofiar, sędziów, prawników, policjantów). Aktorzy działają w kilku komplementarnych, lecz scenicznie odrębnych przestrzeniach. Przestrzeń dzieciństwa (filmów rodzinnych) oraz przestrzeń procesu (materiałów medialnych) składają się na przeszłość ; w przestrzeni świadectw/wyznań (materiałów dokumentalnych) opowiadana jest teraźniejszość. Przez znaczącą część spektaklu widzowie siedzą w przestrzeni teraźniejszości. To przestrzeń wyznań, ale i sądu, który odbywa się tu i teraz, na naszych oczach i z nami (widzami) jako ławnikami w sprawie. Przestrzenie przeszłości znajdują się poza sceną. Co jakiś czas aktorzy wycofują się do nich, by w obecności kamery odgrywać bazujące na materiałach z rodzinnych i medialnych archiwów lub wyimprowizowane w oparciu o fakty sceny, które widzowie oglądają na żywo na ekranie. Rzeczywistość, w której uczestniczymy jako widzowie, jest teatrem: bawimy się w teatr i w teatrze uczestniczymy. Ale teatr, który tworzymy, jest refleksem teatru, który w wielu formach pojawiał się w życiach Friedmanów (jako improwizowane przed kamerą komiczne scenki, jako spektakl medialny, który eksplodował w 1987 roku, jako wewnętrzny, również rejestrowany filmowo, spektakl rozpadu rodziny w cieniu procesu).


W pewnym momencie spektaklu przestrzenie przeszłości udostępnione zostaną publiczności tak, jak miejsce przestępstwa udostępnia się wydziałowi dochodzeniowemu, a jednocześnie jako interaktywne archiwum rodzinne. W pracy nad poszczególnymi postaci odwoływać się będę zarówno do moich doświadczeń dokumentalnych (wierność peirwowzorowi), jak i fabularnych (pogłębiona i poszerzona przestrzeń doświadczeń postaci umożliwiająca swobodną improwizację w obrębie postaci). Jednocześnie poszukiwać będziemy języka, który do opowieści dokumentalnej doda piętro greckiej tragedii, realizującego się współcześnie niezapisanego dotąd mitu. Dokument Jareckiego miałby stanowić istotną, ale nie jedyną bazę dla spektaklu. Historia domaga się nowego epilogu, w który Jarecki jest zresztą nieustannie zaangażowany, a są nim dalsze losy Jessego Friedmana, który od kilku lat walczy o całkowite oczyszczenie z pedofilskich zarzutów, za które przesiedział we więzieniu 13 lat i które na trwałe zaciążyły na jego życiem nie tylko psychicznie, ale też namacalnie (nadzór policyjny, zakaz zbliżania się do miejsc, w których przebywają dzieci).

Nagrody i wyróżnienia

GRAND PRIX X edycji Festiwalu BOSKA KOMEDIA 2017
NAGRODA PUBLICZNOŚCI NA 4 . Festiwalu Nowego Teatru – 56. Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych 2017 Małgorzata Kochan – najlepsza drugoplanowa rola żeńska na Festiwalu „Boska Komedia” w 2017r oraz LUDWIK JAKO NAJLEPSZEJ KRAKOWSKIEJ AKTORKI 2016r.
Piotr Pilitowski – najlepsza rola męska na Festialu „Boska Komedia” w 2017

Twórcy

reżyseria: Marcin Wierzchowski
scenografia:  Barbara Ferlak
kostiumy: Ewa Mroczkowska
muzyka: Urszula Chrzanowska
asystentka reżysera inspicjent: Martyna Rezner

Obsada

Najbliższe spektakle

18 gru 2018 - 18:00 (wt)
Kup bilet
19 gru 2018 - 18:00 (śr)
Kup bilet
22 sty 2019 - 19:00 (wt)
Kup bilet
29 sty 2019 - 19:00 (wt)
Kup bilet
30 sty 2019 - 19:00 (śr)
Kup bilet