Maria Klotzer 53 wojny reż. Paweł Szumiec

Scena:
Scena Pod Ratuszem
Czas trwania:
2 h (bez przerwy)
Cena:
normalny: 45 pln , ulgowy: 35 pln

O spektaklu

Dla pań będzie to spektakl o miłości, dla panów – o wojnie, a tak naprawdę to pełna emocji opowieść o tym, jak dwoje ludzi z pasją, twórczych i ciekawych świata, wśród wielu realnych wojen, rozgrywających się bliżej i dalej od naszych domów i granic, stoczyło tę najważniejszą batalię – o siebie nawzajem, o dom i rodzinę. Kanwą scenariusza jest książka Grażyny Jagielskiej „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”, w której autorka opowiada, jak po dwudziestu latach małżeństwa z Wojciechem Jagielskim reporterem „Gazety Wyborczej” i autorem wielu znakomitych książek, trafiła do szpitala psychiatrycznego z objawami stresu bojowego. Była to choroba, którą przekazał jej mąż wraz ze w wszystkimi emocjami przywożonymi z każdej kolejnej wyprawy na wojnę do Afryki, Azji, na Zakaukazie… Dlatego sceniczna opowieść toczy się niejako w dwóch planach: intymnym, niemal konfesyjnym, przepełnionym wielką samotnością i panicznym strachem o najbliższego człowieka i szerokim, społecznym, politycznym, ogarniętym wojną, tym z reportaży Wojciecha Jagielskiego.

premiera 12 czerwca 2015, Scena Pod Ratuszem
350 premiera Teatru Ludowego

Spektakl "53 wojny" dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Kultura - Interwencje 2015"

22.12.2015
Ada Minge

Weteranka

W życiu uczuciowym człowieka istnieje zjawisko, które psychologowie określają mianem dyferencjacji. Polega ono na pogodzeniu się z faktem, że będąc w związku, nie stanowimy jedności z drugą osobą – wbrew emocjonalnemu instynktowi zawłaszczenia i kontroli. Taki akt świadomościowy nie dokonuje się jednak bez walki, z której akurat bohaterka quasi-monodramu Pawła Szumca nie wychodzi zwycięsko.

Grana przez Martę Bizoń Grażyna Jagielska, na podstawie książki której powstał spektakl, po latach małżeńskiego pożycia z reporterem wojennym Wojciechem Jagielskim trafia do szpitala psychiatrycznego z zespołem objawów stresu pourazowego. Śmiertelne ryzyko i niebezpieczeństwa, na które jej mąż narażał się z każdą kolejną podróżą, zawsze przeżywała tak, jak gdyby dotyczyły jej samej. Dagestan, Czeczenia, Afganistan, Abchazja: wszystkie docierały do czterech ścian warszawskiego mieszkania, w którym trwał remont, mrugał telewizor i wychowywało się kilkuletnie dziecko. Było to życie nieustannie zagrożone utratą. Raz Jagielscy postanowili wyjechać na front razem. Nic z tego nie wyszło: on zbyt martwił się o jej bezpieczeństwo, ,,przestawał być dziennikarzem". Ona zastanawiała się, co tu robi, skoro ma syna, a z okna jej domu widać ,,skwerek w fontanną". Rozłąka i niepewność na powrót stały się więc Pozwalając bohaterce swobodnie opisywać swoje emocje i według własnej pamięci przywoływać bezpośrednie i telefoniczne rozmowy z mężem, jego gesty i ton głosu, reżyser otwiera przed widzem uniwersum jej sposobu odczuwania. Naturalnie, jest to wizja stronnicza i totalitarna, dlatego wszelka próba wydawania osądu odnośnie tego, kto zawinił, mija się z celem. Czy winą za niefortunny finał obarczyć należy męża, pomimo odpowiedzialności za rodzinę regularnie stawiającego na szali swoje życie, czy kobietę, która z pełną, koniec końców, świadomością poślubiła reportera wojennego, po czym nie potrafiła poradzić sobie z podejmowanym przez niego zawodowym ryzykiem? Ale dyskurs Jagielskiej jest wolny od roszczeń czy egzaltacji, a Szumcowi bynajmniej nie chodzi o typowanie winowajcy. Spowiedzi bohaterki słuchamy z zainteresowaniem przede wszystkim dlatego, że 53 wojny to portret kobiety inteligentnej i niezależnej, która przygląda się swojej przeszłości ze smutnym, ironicznym półuśmiechem, jakby sama nie dawała w nią wiary.

To również opowieść o klasycznej egzystencjalnej iluzji końca samotności, w którą wpędza nas miłość. Iluzji tej żaden tekst kultury nie jest w stanie obalić. Zostaje tylko dzielenie się doświadczeniem w duchu postromantycznej racjonalizacji.

Jest w tej opowieści, szczególnie dzisiaj, uniwersalny potencjał; w erze, kiedy zagrożenia przestają mieć wymiar geograficzny, pozostaje tylko nauczyć się żyć z ryzykiem dotyczącym nie tylko nas, ale tych, z którymi decydujemy się żyć. Być razem, ale osobno. Bohaterka Szumca zdaje się jednak pytać: jeżeli ktoś żyje pełnią życia z dala od Ciebie, co zostaje do przeżywania razem?


12.06.2015
Maciej Stroiński

Ona jojczy na mnie

Przyszedłem, bo Łomnicki i Wojciechowski. Znamy, znamy z występów w innych playhouse’ach, no a tutaj są na swoim i w ogóle naraz. Zazwyczaj na scenie wolę kobiety, ale tych na scenie wolę od kobiet. Ich nowe szoł to w 61% granie, więc się miło składa. Resztą jest tekst i scenografia, a zwłaszcza tekst. Kto to widział, żeby w dzisiejszych czasach PRACOWAĆ NAD ROLĄ i pracować z tekstem! Żeby dawać teatr aktorsko-dramatyczny. Tu jest taki tekstocentryzm, że się robi jakby słuchowisko. W sensie mało do patrzenia, jedno ujęcie z montażem wewnętrznym. Nic by to nie było, jeśliby aktorzy nie dawali rady.

Fabuła na zakwasie z faktów, ale postaci i sytuacje dobre jak każde. Musimy się umówić na fikcję, bo nie wiem, jak się recenzuje życie, tym bardziej jeśli jest niedokończone. Będzie o bohaterach literackich zwanych dalej „on” i „ona”.
On poszedł na wojnę bezdotykowo, a ona zaocznie, i tak chodzą se co sezon. To znaczy on jest dziennikarzem, a ona „ofiarą wojny i dziennikarstwa”, jego żoną. To ona, nie on, cierpi na stres bojowy, co trudno przeoczyć, bo wciąż o tym mówi. Dopada ją refleksja, że jeśli on jest uzależniony od linii frontu, to sama jest współuzależniona. Ale orze, jak może. Pozwala koledze ze szpitala, żeby jej wysłuchał. Wysiaduje archetypalnie — aż mąż wróci z tej Troi. Towarzysz słuchacz ma na koncie morderstwo zięcia z bliżej nieznanych edypalnych pobudek, ale co nas to obchodzi, nie przerywaj pani. I tak dalej „pod nią”, aż do happy endu, gdy mąż zmienia pracę. Wobec tej nawijki panom wolno być niewidocznym (Łomnicki) albo nieobecnym (Wojciechowski). No równości to tu nie ma. Bo i jak by miała być, skoro OFIARA MÓWI, a ofiary mają rację. Zapytajcie biznesmenów z branży wrażliwości albo Kaję Malanowską z nurtu kobiecej literatury sierocej.

Mało scenografii i mało metrażu, spektakl godzinkowy. „53 wojny” są przejrzyste, osobiste i smutne.


23.01.2013
Dorota Wodecka  
 

Jagielscy po 53 wojnach

Mój mąż zginął wczoraj - powiedziałam pielęgniarce. Wiedziałam, że to nieprawda. Chciałam, żeby wreszcie ktoś się mną zajął. Z Grażyną i Wojciechem Jagielskimi rozmawia Dorota Wodecka

Dlaczego przestałeś jeździć na wojny? 

Wojciech Jagielski: To się stało po Gruzji. Już wcześniej Grażyna przed każdym moim wyjazdem zapadała się w sobie. Tego ostatniego razu nie była już w stanie dać mi czegokolwiek na drogę, żadnego "do widzenia". Pozbawiła mnie amuletu, który zapewniał mi nietykalność. Omal nie zginąłem. Pierwszy raz byłem celem. 

Jak to się stało? 

- Chcieliśmy podjechać jak zwykle jak najbliżej linii frontu, ale zagadaliśmy się i wjechaliśmy za daleko. Zaczęli do nas strzelać. Wyskoczyłem z auta i pobiegłem w stronę jakiejś chałupy, ale nie zdążyłem. Schowałem się za oplem corsą. Metallic, taki sam ma mój ojciec. Robert Kowalewski [fotoreporter "Gazety"] z kierowcą wycofali się samochodem. Esemesowałem do niego, żeby powiadomił Rosjan, że strzelają do dziennikarza. W telefonie miałem ustawioną "All Along the Watchtower" Dylana i za każdym SMS-em przychodzącym słyszałem "There must be some way out of here", czyli musi być jakieś wyjście. Leżałem na ziemi, miałem sucho w gardle i bezgłośnie wyłem, że zostawiłem Grażynę i chłopaków. Zastanawiałem się, po cholerę to zrobiłem. To jakaś straszna pomyłka. To był mój ostatni wyjazd na wojnę. 

Kilka lat później powiedziała pani pielęgniarce w szpitalu: "Mój mąż zginął wczoraj na wojnie". 

Wojciech Jagielski: Byłem wtedy w redakcji. 

Grażyna Jagielska: Wiedziałam, że to nieprawda, ale coś mi kazało tak powiedzieć. Może wreszcie chciałam, żeby ktoś się mną zajął. Poszliśmy do lekarza, który wcześniej leczył Krzyśka Millera [fotoreporter wojenny "Gazety"]. 

Czy książka, którą pani napisała, jest formą terapii? 

Grażyna Jagielska: Miała być. Już parę lat temu psychiatra zaproponował, żebym wykorzystując warsztat pisarski, spróbowała pozbyć się swojego koszmaru. Pokazałam Wojtkowi fragmenty tekstu. Dostrzegł w nich materiał literacki i posłał do wydawnictwa. 

Wojciech Jagielski: Jedyny dyskomfort to nasza obecność w tym tekście. Nigdy publicznie nie eksponowaliśmy prywatności, a staliśmy się tworzywem tej książki. Dla mnie niezwykle ważnej. W rozwlekłej codzienności nie dostrzegałem tych wszystkich zdarzeń, o których Grażyna pisze. 

Nie wpędza pani Wojtka w poczucie winy? 

Wojciech Jagielski: I tak zostałem potraktowany przez Grażynę miłosiernie. 

Grażyna Jagielska: Kiedy pisałam "Miłość z kamienia", wszelkie sprawy między nami były już rozstrzygnięte. Wojtek zrezygnował z wyjazdów na wojny. Zresztą miał ogromne poczucie winy i raczej należałoby go z niego wyciągać. Ale tu nie ma winnych. A jeżeli już ktoś jest, to oboje jesteśmy jedną Winą. 

Czytając, byłam na panią zła. 

- Z jakiego powodu? 

Zastanawiałam się, jak pani mogła sobie coś takiego zrobić. Dlaczego oparła pani fundament swojego życia nie na sobie? 

- To było naturalne, że dzielimy się z Wojtkiem wszystkim. Od zawsze tak było. Skąd mieliśmy wiedzieć, że nie powinniśmy? Przecież w powszechnej opinii wspólne pasje cementują związek. Nie wiem, co poszło nie tak. 

Po przeczytaniu pani książki mam wrażenie, że przez ostatnie 20 lat dzieliliście się głównie wojnami. 

- Wojtka praca zdominowała nasze życie. 

Wojciech Jagielski: Wracałem i zdawałem jej szczegółowe relacje, a wtedy w mojej głowie porządkowały się wszystkie historie. Opowiadając, potrafiłem wyczuć, które są nudziarstwem, a które są warte tekstu. Po powrocie z Afganistanu w 1996 roku byłem załamany. W moim mniemaniu nic spektakularnego się nie wydarzyło. Grażyna zasugerowała, bym opisał, jak kupowałem konia. Dostałem za ten tekst dwie nagrody. 

Masz sobie za złe, że opowiadałeś żonie o wszystkim? 

- Tak. To było infantylne - nie pomyśleć, że będzie się o mnie bała. Przez lata udawała, że tak nie jest, ale powinienem był wiedzieć, że udaje. Absurdalnie wydawało mi się, że im więcej jej opowiem, tym bezpieczniej będzie się czuła. Nie należy do osób, które można utrzymać w niewiedzy, a nie chciałem, by stworzyła sobie obraz moich wyjazdów na podstawie relacji telewizyjnych czy filmów o korespondentach wojennych. Tymczasem moje opowieści okazały się pożywką dla jej stanów lękowych i przez nie Grażyna trafiła do kliniki stresu bojowego. 

Dopingowała go pani do wyjazdów wbrew sobie. Dlaczego? 

- Przez całą książkę próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie. Może odzywał się we mnie instynkt dziennikarski i wyczuwałam temat? Poza tym każdy wyjazd przynosił natychmiastową gratyfikację w postaci uznania dla Wojtka i jego tekstu. Być może o to nam chodziło. 

Pani? 

- Także mnie. Nie można patrzeć na nas jak na dwie osoby. Przez lata naszego współistnienia stworzyliśmy coś, co lekarze nazywają symbiozą. Nie istniejemy jako dwa organizmy, tylko jeden. 

Ale, o ile pamiętam, symbioza jest to współżycie dwóch organizmów oparte na obustronnej korzyści. 

- Być może miałam z tego korzyści. 

Jakie? 

- Trudno jest wytłumaczyć, co oznacza żyć w symbiozie z drugim człowiekiem. Jego sukcesy są wtedy moimi sukcesami. Porażki również. 

Czy symbioza różni się od miłości? 

- Nie wiem. 

Kiedy to się zaczęło? 

- 27 lat temu. Studiowaliśmy w tym samym budynku. Ja na dziennikarstwie, Wojtek na naukach politycznych. Nasze mamy pracowały w bibliotece na Koszykowej i jak to mamy opowiadały sobie o dzieciach. Kiedyś Wojtek zadzwonił zapytać mnie, gdzie uczyłam się hiszpańskiego. Zaproponował spotkanie. Rzeczywiście była to miłość od pierwszego wejrzenia. 

To znaczy? 

- Zachłyśnięcie się sobą. Opowiadałam mu o Indiach, skąd właśnie wróciłam. Myślę, że przejął ode mnie pasję podróżniczą. Interesował się Afryką, ale teoretycznie. Wbiłam mu do głowy myśl, że przecież można pojechać i tę Afrykę zobaczyć. Zaczęliśmy podróżować. Wróciliśmy do kraju, by zarobić na kolejne wyprawy. A potem Wojtek dostał pracę w redakcji i zaczął jeździć sam. 

Nie była pani na niego zła, że robi coś, o czym pani marzyła? 

- Mogłam jeździć z nim. Wybrałam macierzyństwo. Miałam 24 lata i nie zdawałam sobie sprawy, że to odpowiedź, której udzielam na zawsze. Miałam pociąg do ekscytującego życia. Chciałam poznawać świat i pisać o nim. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, wierzyliśmy, że można mieć rodzinę i uprawiać zawód podróżnika i pisarza. Udawaliśmy przed sobą, że nadal jesteśmy koczownikami, mimo psa, kota, kolejnego dziecka, stałej pracy i mieszkania. Że ta stabilizacja jest tylko na chwilę. 

Może moja korzyść z wyjazdów Wojtka polegała na tym, że realizował plan, który mnie miał przynieść tyle zadowolenia i satysfakcji? Ale ja nigdy nie chciałam jeździć na wojny. 

Nagrody i wyróżnienia

Spektakl otrzymał petersburską MASKĘ – nagrodę międzynarodowego Festiwalu Terra Incognita, organizowanego przez Interiernyj Teatr – za “artystyczny smak i lakoniczną formę dokumentalno-publicystycznego przedstawienia”.

Twórcy

reżyseria: Paweł Szumiec
scenografia: Marek Braun
kostiumy: Jolanta Łagowska
muzyka: Olek Brzeziński
multimedia: Wojtek Kapela
inspicjent / sufler: Manuela Nowicka

Obsada

Najbliższe spektakle

12 cze 2019 - 19:00 (śr)
Kup bilet