Mira Marcinów Bezmatek reż. Marcin Liber

Scena:
Scena Pod Ratuszem
Czas trwania:
45 min (brak przerwy)
Cena:
normalny: 60 pln , ulgowy: 50 pln

O spektaklu

Wstrząsający do bólu spektakl Marcina Libera, inspirowany książką nagrodzonej paszportem „Polityki” Miry Marcinów. Opowiada o doświadczeniu śmierci bliskiej osoby, ale też o tym jak z czasem zmienia się rozumienie dawnych zależności. Jest to tym bardziej fascynujące, że matka w tej relacji w niczym nie przypomina stereotypowego ideału, traktuje córkę bardziej jako partnerkę niż dziecko, ale w tym niepoprawnym układzie rodzi się niezwykle silna więź. Te nieoczywiste role matki i córki brawurowo grają Katarzyna Tlałka i Maja Pankiewicz.

Spektakl wyprodukowany w ramach Festiwalu Konfrontacje Teatralne w Lublinie.

premiera 17 paździerika 2021 r. Scena Pod ratuszem

Spektakl bierze udział w 28. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Konkurs finansowany jest ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Organizatorem Konkursu jest Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego.

22.12.2021 Córka i matka
Justyna Landorf, Miesięcznik Teatr 12/2021

Nowy spektakl Marcina Libera to historia żałoby i straty, ale także opowieść o nieustannym przekraczaniu ról, o spotkaniu matki i córki gdzieś pomiędzy wyznaczonymi przez społeczeństwo schematami.

Jest czymś przykrym, że nie mogliśmy znać swoich rodziców w ich najlepszym czasie. Kiedy byli młodzi, urodziwi, beztroscy i zabawni, a cały świat należał do nich. Kiedy byli nieśmiertelni. Poznajemy ich dopiero wtedy, kiedy troszczą się o byt, wychowują dzieci, kiedy zbrzydli, spokornieli (a może wydorośleli). I zaczęli umierać.

Spektakl Marcina Libera Bezmatek na podstawie książki Miry Marcinów pod tym samym tytułem odsłania szczególną relację dziecka i rodzica, a dokładniej córki i matki, w chwili, kiedy dokonuje się to, co nieuchronne. Krótka, afabularna powieść opowiada kolejno o dzieciństwie narratorki, jej dorastaniu, chorobie i śmierci matki. Pisarka posługuje się w niej różnorodnymi środkami stylistycznymi i eksperymentuje z formą literacką: są rodzinne anegdoty, wymyślone bajki, fragmenty piosenek, cytaty z forów internetowych. Krótkie, intensywne rozdziały zamykają się niekiedy w jednym zdaniu. Puste strony sprawiają przygnębiające wrażenie, dodatkowo podkreślając poniesioną stratę – brak rodzica. A przecież taka pustka jest właściwie niedopuszczalna. Zgodnie z poradą matki dotyczącą techniki malarskiej obraz nie może mieć białych plam, prześwitów, nie jest wtedy prawdziwy. Jaki zatem obraz matki otrzymujemy? Niejednoznaczny, wywołujący ambiwalentne uczucia, konfrontujący nas z figurą matki, z wyobrażeniami na temat tego, jak dobra matka powinna się zachowywać, czego nie powinna robić. Matka Marcinów nie stroni od używek, od mężczyzn, często zmienia pracę i miejsca zamieszkania, to matka zaborcza, infantylna, irytująca. Ale też niezależna, spontaniczna, atrakcyjna; matka, z którą można się rzucić w wir zabawy, porozmawiać o książkach i partnerach, uważna słuchaczka, ciepła i kochająca. Ten spektakl mógłby być monodramem. W końcu w książce matka właściwie nie mówi własnymi słowami, dialogi są szczątkowe, wszystko znamy z relacji córki, matka jest niejako „opowiadana”, staje się kreacją autorki, obrazem niepełnym, choć niezwykle intensywnym.

Marcin Liber nie pierwszy raz mierzy się z tematem śmierci, począwszy od debiutanckiej Autofobii, po niedawną i nagradzaną Krótką rozmowę ze Śmiercią. W tym ostatnim spektaklu istotną funkcję pełniła muzyka zespołu Nagrobki, którego członek (połowa składu muzycznego), Adam Witkowski, został ponownie zaproszony przez reżysera do współpracy. Jego udział w krakowskim przedstawieniu nie ogranicza się do skomponowania i wykonywania na żywo muzyki, bowiem Witkowski gra tu pełnoprawną rolę, towarzysząc aktorkom od samego początku. Jest kimś w rodzaju wodzireja, kierownika programu rozrywkowego sterującego widownią: za pomocą tablic z odręcznym napisem „wymusza” aplauz bądź dezaprobatę (w postaci buczenia); to do niego w pewnym momencie zwraca się matka (Katarzyna Tlałka), nazywając zdrobniałym, prawdziwym imieniem. Jego udział stanowi rodzaj kontrapunktu: muzyk z jednej strony uosabia kolejnego ojczyma, partnera matki, z drugiej strony uzmysławia nam, jak mężczyzna w tej konkretnej relacji jest nieistotny. Bo psychoanalityczna teoria, według której figura nieobecnego ojca „znaczy tym więcej, im rzadziej pojawia się w opowiadanej historii”, w tym wypadku się po prostu nie sprawdza. Mamy bowiem do czynienia z niebywałym związkiem dwóch kobiet, które nie potrzebują nikogo innego oprócz siebie. Są samowystarczalne, łączą je nierozerwalne, symbiotyczne więzi, a ich relacja przybiera zmysłowy, czy wręcz erotyczny charakter (by znowu odwołać się do psychoanalizy: obecności Tanatosa towarzyszy Eros).

Reżyser i autor scenariusza zerwał z chronologiczną narracją Marcinów, mieszając wybrane fragmenty książki i rozpoczynając spektakl od ostatniego słowa wypowiedzianego przez matkę, a odnoszącego się do odwiecznego dylematu: „Co było pierwsze, jajko czy kura?”. Na malutkiej scenie Teatru Ludowego, znajdującej się w krakowskim Ratuszu, widzimy siedzącą z boku dziewczynę (Maja Pankiewicz) w półotwartej, pustej lodówce. Jest jeszcze sterta ubrań, a także stary telewizor, deska do prasowania, żelazko, paprotki, dwa taborety, mikrofon oraz duży ekran, na którym zobaczymy filmiki, stylizowane na amatorskie zapisy najważniejszych wydarzeń z życia rodziny. Za chwilę dziewczyna zniknie i pojawi się wraz z matką w strojach pszczelarskich, aby za pomocą dymiarek uspokoić rozdrażnione pszczoły. Trudno tutaj nie wspomnieć o genezie tytułu, który nie jest neologizmem autorki, ale fachowym terminem bartniczym oznaczającym stan ula po utracie królowej matki. Jej śmierć destabilizuje pszczoły – i jeśli nie znajdzie się zastępczyni, ul skazany jest na wymarcie. Nieobecność matki pszczelej można poznać po dźwięku wydobywającym się z ula. Krakowscy widzowie niedawno mieli okazję zapoznać się z innym spektaklem, którego tytuł również zaczerpnięto z pszczelarskiej terminologii – z Zimowlą na podstawie powieści Dominiki Słowik. Tamta sytuacja nawiązywała do stanu przejściowego, tu mamy do czynienia z czymś definitywnym.

Matka umarła, a nie odeszła, jak podkreśla córka. Matki odchodzą od synów, od autorów, od Różewicza, ale nie od córek. Żałoba zdaje się nie mieć końca. Ale czy w ogóle można mówić o końcu żałoby po śmierci najbliższej osoby? I przede wszystkim jak o niej mówić i jak się w niej i wobec niej zachowywać? Czy otwarte opowiadanie o stracie jest rodzajem ekshibicjonizmu, jakimś przekroczeniem? Czy we współczesnych czasach zbiór akceptowalnych zachowań, rodzaj savoir-vivre’u żałobnika ciągle obowiązuje? Główna bohaterka nie godzi się na żadne narzucanie powinności, na wskazywanie tego, co wypada, a czego nie wypada robić. Jej stosunek do matki jest zachłanny, wręcz zawłaszczający w swoim egoizmie, w przeżywaniu żałoby, jak gdyby tylko ona miała do niej prawo. Inni nie istnieją, nic nie znaczą.

Spektakl Libera jest inną opowieścią niż Bezmatek Marcinów. To oczywiście historia żałoby, straty, niemożności pogodzenia się ze śmiercią, swoista pieśń miłosna, hołd złożony matce przez córkę. Ale i opowieść o nieustannym przekraczaniu ról oraz o spotkaniu się dwóch kobiet gdzieś pomiędzy. Kiedy niedorosłe dziecko zostaje opiekunem, rodzicem własnej matki lub ojca, jest to niewłaściwe, kiedy staje się nim później, w przypadku choroby lub starości, uznajemy to za pożądane. Najbliżsi sobie ludzie nie potrafią spojrzeć na siebie jak na partnerów, zawsze jesteśmy dziećmi naszych rodziców, i na odwrót, dopóki role się nie zamienią.

Córka-Maja to zarazem dziewczynka, której matka-Kasia śpiewa kołysanki, jak i dorosła kobieta pielęgnującą, niczym małe dziecko, śmiertelnie chorą matkę. Katarzyna ma władzę nad Mają, co najlepiej pokazuje scena, w której córka siada na kolanach matki, a ta, choć robi to delikatnie i na wpół żartobliwie, chwyta ją za ramiona i steruje niczym marionetką. Po śmierci matki sytuacja odwraca się – to córka przejmuje kontrolę, kreując, stwarzając matkę na nowo poprzez swoją opowieść. Pomiędzy tą grą, wymianą ról jest przestrzeń, w której obie bohaterki pozbywają się przypisanych im społecznie funkcji. Przestrzeń zgrywy, wygłupu, infantylnej zabawy. Wybuchając co chwilę śmiechem, z dezodorantami udającymi mikrofon, aktorki odgrywają telewizyjny show, oddają się dzikiemu i terapeutycznemu tańcowi, a zarazem żartują ze śmierci. Bo oczywiście tę śmierć należy odegnać, rzucając bon motami i pozornie bagatelizując jej znaczenie. Tym mocniej wybrzmiewają momenty, kiedy artystki wychodzą z ról rozchichotanych przyjaciółek. Groza sytuacji uderza w nas z pełną mocą. Maja Pankiewicz ze łzami w oczach nagle zaczyna dusić się i skarżyć na ból w piersiach w dojmującym poczuciu krzywdy opuszczonego dziecka. Piękna i niepokorna Katarzyna Tlałka w końcu się poddaje, wchodząc z rezygnacją do lodówki, której drzwi będzie musiała zatrzasnąć jej córka. Śmierć nie zniknęła.

Z tekstu Marcinów usunięto niektóre konteksty, uniwersalizując w ten sposób doświadczenie bohaterki zmagającej się ze stratą matki. Nie ma Krakowa, z którym wiąże się wiele historii opowiedzianych w książce. Nie ma też biedy, która towarzyszyła autorce w czasach dzieciństwa, przypadającego na lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Historyczne realia zostały jednak zasygnalizowane czy to w muzyce nawiązującej stylem do tandetnych popowych „hitów” nagrywanych na syntezatorze Yamaha, czy też w zapisanych na kasetach VHS filmach wideo. Na zacinającym się i „śnieżącym” ekranie widzimy różne obrazy z życia córki i matki. Najlepiej byłoby zapamiętać ten, w którym szczęśliwe bohaterki tańczą, być może w rytm ich ulubionej piosenki:

 

Matka noce całe, musi tańczyć, pić,

bo ma dziecko małe, ma dla kogo żyć.

------------------

Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej Krew wyciekła z żył
Portal E-TEATR

Doświadczenie śmierci rodzica, które od młodych lat w sobie posiadam, jest najgorszym, co mnie spotkało i każdego dnia spotyka na nowo. Z chwilą utraty ojca bądź matki nic już nie będzie takie samo. Ona naznaczy wszystkie inne. Nawet te, które dopiero przed nami. Odciśnie piętno począwszy od prostych, codziennych spraw aż po te najważniejsze. Nawet pszczoły ostentacyjnie potrafią demonstrować objawy bezmateczności poprzez buczenie po ściankach ula. Bo „bezmatek” to pszczela rodzina, która została pozbawiona matki. Co prowadzić może do jednego – ul skazany zostaje na wymarcie.

W tej zgrabnej metaforze zawiera się clue opowiadania Miry Marcinów wystawionego na Scenie pod Ratuszem przez Marcina Libera. Czy jest zatem szansa, żeby rodzina przeżyła? Dwie wspaniałe aktorki – Katarzyna Tlałka i Maja Pankiewicz – wypełniają bezgranicznym uczuciem mikroskopijnych rozmiarów scenę Teatru Ludowego bez reszty. Uczuciem niewolnym od gorszych chwil, wspólnego śmiechu, wzajemnego podziwu, jak i od codziennych problemów napotykanych na linii matka-córka.

Uczuciem jak każde, ale nie jak każde potrafiącym być zastąpione. Tej specyficznej relacji, będącej mieszanką biologiczno-fizjologicznych powiązań, prawnych zależności, hierarchicznego układu, a często przyjacielskich uczuć, niepodobna zastąpić niczym. Żadna inna relacja, w którą w życiu wchodzimy, nie jest i nie będzie taka jak z matką. Matka jest przecież niemalże boską figurą w naszym społeczeństwie i kulturze. Matka to początek wszystkiego. Słodka i gorzka zarazem, źródło szczęścia i cierpień, gotowości do nieustannego niesienia pomocy, ale także stawianych wymagań i niekończących się z wiekiem dojrzewania wysokich oczekiwań.

Przeogromną siłą tego spektaklu jest aktorski duet. Tlałce i Pankiewicz udaje się zupełnie bez heroicznego wysiłku i fałszywych ruchów stworzyć prawdziwie czułą relację matki i córki. Nieprzerysowaną, niewyidealizowaną, nieikoniczną. To ich własna relacja, na ich własnych zasadach. Historie mieszają się, przeplatają, widzimy urywki z ich życia, stajemy się świadkami ich wspomnień. Jak ewaluowała ta relacja od znanych zapewne wszystkim słów matki: „kogo ja wychowałam?”, „czas do szkoły, „nikt cię na siłę w domu nie trzyma”, aż po wzruszająco wypowiedziane przez Pankiewicz: „szaleje za tobą mamo”.

Ta rodzicielska miłość i miłość dziecka do rodzica jawi się jako prawdziwe szaleństwo. To piękne studium o zmieniających się z upływem czasu rolach, jakie przyjmujemy w relacji z rodzicami. Przechodzenie pomiędzy tymi rolami ukazane jest wspaniale. Już dawno w teatrze nie widziałem aktorów tak bardzo grających ze sobą i do siebie. Na sobie wzajemnie skupionych i pozostających przez cały czas w ścisłym fizycznym, wzrokowym i mentalnym kontakcie. 

„Bezmatek” to bajka o żałobie, w której śmierć – pozornie czająca się za siedmioma grobami i za siedmioma żalami – najbardziej i najbliżej odczuwalna jest właśnie w przypadku utraty rodzica. Reakcje na śmierć bywają różne. Apatia, uzależnienie od leków, uzależnienie od przypadkowego seksu, który staje się najlepszą ripostą na śmierć. Odejście rodzica nie przynosi żadnej ulgi, nie staje się siłą napędową do niczego. Wręcz przeciwnie. Rozpoczyna korowód głupich rzeczy. Nasza bohaterka wspomina „uwiodłam dziewiętnastolatka, piłam, brałam, manipulowałam”. Rodzice wydają nam się wieczni, nieśmiertelni jak superbohaterowie z komiksów, bajek i filmów. Gdy śmierć przychodzi, pozostawione dziecko odczuwa ból tak, jakby samo umarło, tylko jeszcze trochę mocniej. Pojawiają się fizyczne symptomy zatykania, próby łapania powietrza, brak oddechu. To jak długi żałobny zawał. Okazuje się, że jedynym co można zrobić wtedy dla rodzica, to wyprasowanie ołówkowej spódnicy, w której matka zostanie pochowana: „Prasowałam i płakałam, nie mogłam wyprasować zagnieceń”. Jeżeli ktoś myśli, że takie sytuacje nie mają miejsca już w cztery godziny po śmierci – to jest w dużym błędzie! 

Ten spektakl jest ze wszech stron boleśnie prawdziwy. W czterdzieści pięć minut przechodzi przez wszystkie etapy doznanej straty. Łącznie z chęcią zapomnienia choć na chwilę o tym, co się stało, uwolnienia od tej jednej bolesnej myśli. Świetnie ukazane to jest w scenie chowania matki wraz z jej ubraniami do lodówki i dociskania drzwi plecami. Niestety. W głowie mamy setki myśli, w uszach wciąż słyszymy słowa rodzica i to odwiecznie pojawiające się pytanie: „Gdzie ty teraz jesteś? Dokąd poszłaś?”. 

Spektakl Libera świetnie balansuje na granicy powagi i śmiechu. Rozpaczy sytuacji a zarazem jej absurdu. Dzieją się wtedy rzeczy, w których w jednej chwili płacze się rzewnymi łzami a tuż po niej śmieje do rozpuku. Tak wygląda rzeczywistość już w chwilę po śmierci rodzica. Forma, którą wybrał reżyser – zmienna, lekka – daje szansę na ucieczkę choć na chwilę od kalibru zdarzeń. Wpuszczone powietrze w postaci muzyki, operowania formą teleturnieju, talk-showu z podpowiadaniem, kiedy widownia powinna zdobyć się na „aplauz” lub wydać z siebie słynne „buu”, rekompensuje chwile bezdechu, które nam towarzyszą. Opis robienia pośmiertnego makijażu matki przed przyjazdem pracowników domu pogrzebowego przybiera formę tutorialu w mediach społecznościowych skierowanego do followersów. 

„Problem” przedstawienia na teatralnych deskach opowiadania Marcinów jest jeden. Na doświadczenie śmierci nie da się patrzeć z boku, z pozycji widza. Nie sposób się na nie przygotować, nie da się o tym opowiedzieć tak, by dotknęło i spowodowało tę utratę tchu, tak świetnie ukazaną przez Pankiewicz. By zrozumieć fakty, obrazy i subtelności wypracowane przez twórców – niestety samemu trzeba to przeżyć. 

Aktorkom towarzyszy z muzyką na żywo Adam Witkowski. W jednej z wykonywanych piosenek śpiewa: „każda wspólna krótka chwila, każdy twój najmniejszy gest, wszystko to mam przed oczyma, chociaż już dawno tutaj nie ma cię”. Obraz zmarłego rodzica powraca jak flashback, a on sam, powtarzając za autorką opowiadania, jest trudny: „Matki umarłe są trudne. Te martwe nie chcą stać się ani trochę łatwiejsze”. Spektakl ustawia na nowo, po raz kolejny, myślenie o relacji z rodzicem. Jest przestrogą a zarazem wybawieniem. Ojciec i matka pozostaną z nami na zawsze. 

------------------

Maja Baczyńska Gdy brakuje matki w domu
Portal PRESTO 24.10.2021

„Bezmatek” w reżyserii Marcina Libera to adaptacja szczególna, poruszająca, głęboka. Opowieść o córce oswajającej traumę po stracie matki zostaje opowiedziana przejmująco, a przy tym niebanalnie, podobnie jak i ma to miejsce w literackim pierwowzorze Miry Marcinów.
Na książkę Marcinów spadł deszcz nominacji i nagród, co nie dziwi – jest dowcipna, inteligentna, lapidarna w formie, a przy tym poruszająca i świadcząca o ogromnej wrażliwości autorki. Marcinów operuje w swojej prozie poetyckimi, ale zarazem mocnymi i osadzonymi w polskiej rzeczywistości okresu transformacji obrazami. „Bezmatek” to przy tym termin zaczerpnięty z terminologii pszczelarskiej, który odnosi się do ula pozbawionego królowej-matki. Jak sama autorka przyznaje, po śmierci swojej matki czytała fora bartników i odnalazła na nich pomysł na tytuł swojej książki.

Książka i sztuka zasadniczo różnią się od siebie w swojej konstrukcji. Spektakl rozgrywa się w dwóch przestrzeniach – scenicznej oraz filmowej, dzięki nakręconemu przez reżysera teledyskowi, którego akcja dzieje się w opuszczonym domu i odnosi się do poruszanych w tekście wydarzeń; wyświetlany za plecami bohaterów klip stanowi zarazem element scenografii. Ponadto o ile w warstwie literackiej odczytujemy wyłącznie wspomnienia córki o matce, o tyle na scenie widzimy już dwie bohaterki, flashbacki z ich przeszłości, może nawet sny o wspólnym życiu po śmierci. Nie było to łatwe zadanie, mimo że (związane na co dzień z Teatrem Ludowym w Krakowie) aktorki grały już ze sobą wcześniej w „Solaris” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego. Trudność stanowiło zbudowanie postaci matki, która w książce nie wypowiada ani słowa, zwłaszcza że okres przygotowań do spektaklu (pierwotnie wystawianego na 25. Konfrontacjach Teatralnych w Lublinie) był krótki. Jednak dzięki bardzo przekonującej grze aktorskiej i nieprawdopodobnemu autentyzmowi Mai Pankiewicz w roli córki, na której – jak podkreślała podczas spotkania z twórcami po spektaklu Katarzyna Tlałka – można było się dramaturgicznie „oprzeć”, wszystko udało się znakomicie.

Spektakl nie jest więc wiernym odtworzeniem książki, choć obszernie z niej czerpie i zachowuje jej klimat. Nastrój literackiego pierwowzoru oddaje też muzyka Adama Witkowskiego (notabene artysta współtworzy duet Nagrobki), który w swojej pracy inspirował się brzmieniem zespołów z lat 80. i 90., a sam potraktował temat bardzo osobiście. Na scenie pełni momentami funkcję trzeciego aktora, co z początku może zaskakiwać, ale później pomaga złapać dystans do przytłaczających emocji, których doświadcza córka po stracie matki. Pomaga w tym zresztą i spotkanie z twórcami po spektaklu… bo „Bezmatek” dotyka do głębi i każdego – koniec końców każdy doświadczył czy doświadczy kiedyś straty bliskiej osoby. Sceniczny „Bezmatek” podejmuje zatem znany wątek dziecka opłakującego stratę rodzica, lecz – podobnie jak i książka – w sposób zupełnie wyjątkowy i nowatorski. Relacja bohaterek jest tu skomplikowana i pełna trudnych emocji – córka matkuje w niej samotnej matce plastyczce z problemem alkoholowym. Mimo to nie tracimy z oczu piękna i ciepła tej więzi, nawet gdy pozostaje ona jedynie we wspomnieniach, nawet gdy to wspomnienia momentami tak bolesne.

------------------

Paulina Zięciak "Za siedmioma grobami"
Dziennik Teatralny Kraków 6 lipca 2021

Bezmatek to ul pozbawiony matki. Matki, która gwarantuje harmonię i stabilizację w rodzinie. Matki, bez której pszczoły zaczynają być niespokojnie, a ich grupa się osłabia. Bez której zaczynają być bezczynne, nieaktywne, nie produkują miodu.
Takie informacje na forum pszczelarskim znalazła Mira Marcinów, poszukując odpowiedzi na pytanie o to, co zrobić, gdy zabraknie matki. Marcinów miała jednak na myśli nie matkę pszczelą, a swoją matkę. Matkę, która odeszła. Nie – matkę, która zmarła. Wiosną – wtedy gdy najczęściej umierają pszczele matki.

„Matka nie odchodzi. Nie od córek. Może od synów matki odchodzą? Od autorów? Od Różewicza matka odchodzi. Ode mnie nie odeszła. Tylko umarła mi." – pisze.
Na skutek tego tragicznego doświadczenia spod ręki Marcinów wyszła powieść o tym dość zagadkowym dla laików tytule – „Bezmatek". Jednak nie do końca jest to powieść. „Bezmatek" to list, wspomnienie, wyznanie... Być może próba rozliczenia, próba uporządkowania myśli, próba zebrania tego, co pozostało w ulotnej pamięci. Za ten debiut prozatorski, bo Marcinów jest filozofką i doktorką psychologii oraz autorką rozległej publikacji naukowej „Historia polskiego szaleństwa", otrzymała Paszport Polityki w kategorii Literatura.

Marcinów snuje swoją opowieść, zaczynając od lat dzieciństwa i pisząc z perspektywy małej dziewczynki, a kończąc na śmierci matki, już z perspektywy dorosłej kobiety. Również matki. Książka nie jest spójna pod względem formalnym – jest raczej wycinkami z życia, wyrywkami wspomnień, krótkimi zwierzeniami, zbiorem scenek. Pierwszoosobowa narracja pozostaje niezwykle poruszająca, świat widziany oczami dziecka – autentyczny i szczery, a relacja matka-córka prawdziwa i wzruszająca. Całość – niezwykle intymna. Aż trudno uwierzyć, że tak wiele treści może znaleźć się w tak niewielkim wydaniu.

Tę kameralną prozę zdecydował się na deski Teatru Ludowego przenieść Marcin Liber – wywodzący się z poznańskiego środowiska teatralnego reżyser i scenograf. Na niewielkiej Scenie pod Ratuszem stanęły dwie aktorki – Katarzyna Tlałka i Maja Pankiewicz, które już kiedyś miały okazję zaprezentować na scenie intymną relację matka-córka w „Solaris" Marcina Wierzchowskiego na podstawie powieści Stanisława Lema.

Liber postanowił użyć w spektaklu mocnych kontrastów. Z zabawnych, dynamicznych scen, niczym z telewizyjnego show, sprawnie przeskakuje do przygnębiających, gorzkich wyznań. Choć aktorki wyśmiewają śmierć, ale nie kpiąc z niej, to pod przykrywką śmiechu skrywają łzy. Ich relacja jest prawdziwa i wiarygodna. Pankiewicz fenomenalnie pokazuje, jak wygląda tęsknota za drugim człowiekiem, Tlałka – jak dać takiej osobie pocieszenie. Zapewne każdy z widzów mógł odnaleźć w ich doświadczeniach, a właściwie w doświadczeniach Miry Marcinów, choć część własnych przeżyć.

Ważnym elementem spektaklu jest muzyka – grana na żywo przez Adama Witkowskiego. Doskonałe piosenki są wspaniałą zabawą słowem, z resztą na miarę tej, którą Marcinów operowała w swojej książce. Muzyk nie jest jednak „dodatkiem" i oprawą do przedstawienia, ale jego pełnoprawnym uczestnikiem. Nie pozostaje niezauważony przez aktorki, a wręcz przeciwnie – obie bezpośrednio się do niego zwracają. Podobnie sprawdza się mówienie Pankiewicz do Tlałki per Kaśka. To podnosi autentyczność tej historii i ich relacji.

Scenografia jest dość uboga i to bardzo dobrze zdaje egzamin. Prawie pusta lodówka, sterta ubrań, deska do prasowania, dwa krzesła... Dom. W „Bezmatku" jednak najważniejsze są słowa i gesty bohaterek. Całość jest niezwykle piękna. I niezwykle smutna. Jedyną wadą spektaklu jest to, że trwa tak krótko.

„Dawno, dawno temu za siedmioma grobami, za siedmioma latami, za siedmioma żalami
Żyła sobie dziewczyna bez matki i bez paznokci, czyli księżniczka Disneya,
I chociaż w żałobie żyła, okropnie była szczęśliwa.
I chociaż sieroco żyła, okropnie była.
I chociaż bez matek żyła, okropnie.
I chociaż żyła okropnie.
I chociaż żyła".

Spektakl został wyprodukowany w ramach Festiwalu Konfrontacje Teatralne w Lublinie.

------------------------------------

Twórcy

Na podstawie książki Miry Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne
Reżyseria i adaptacja: Marcin Liber 
Muzyka: Adam Witkowski

Obsada

  • - : Maja Pankiewicz/ gościnnie
  • - : KATARZYNA TLAŁKA
  • chór i muzyka na żywo: Adam Witkowski / gościnnie