Tony Kushner Anioły w Ameryce reż. Małgorzata Bogajewska

Scena:
Duża Scena
Czas trwania:
4.10h (1 przerwa)
Cena:
normalny: 55 pln , ulgowy: 45 pln

O spektaklu

Autorska interpretacja tekstu Tony’ego Kushnera, będącego amerykańską epopeją, którą sam autor nazwał „gejowską fantazją na motywach narodowych”. Opowieść o tym, jaka jest cena prawdy, wolności i indywidualizmu, która okazuje się boleśnie aktualna szczególnie dziś, szczególnie w Polsce. To pełna ironii i zjadliwego humoru historia o „demokracji” z czasów administracji ultraprawicowego prezydenta - Ronalda Reagana, nazwana też arcydziełem epoki chaosu. Jest jednak przede wszystkim opowieścią o miłości – „miłości w czasach zarazy”.

Premiera 7 grudnia 2019, Duża Scena.

SPEKTAKL DLA WIDZÓW DOROSŁYCH.

W spektaklu wykorzystano utwory: Aria Flower Duo z opery Lakme Leo Delibes, Pieśń Narodnaja Wajna - A. Aleksandrow Fragmenty IX Symfonii A. Dworzaka

 

16.12.2019
Teatr dla wszystkich  
Piotr Gaszczyński

Anioły w Krakowie

 

Wystawienie Aniołów w Ameryce na deskach teatru, to zawsze duże wydarzenie. Monumentalna amerykańska "gejowska epopeja" dotyka tematów ponadczasowych, które są aktualne pod każdą szerokością geograficzną. I choć myśląc o tym utworze w Polsce - mówimy Warlikowski, to spektakl z krakowskiego Teatru Ludowego można uznać za bardzo udany.

Ze świetnymi tekstami jest tak, że najlepszym, co można dla nich zrobić, to pozwolić im po prostu wybrzmieć. Aktorzy z Ludowego podeszli do swojego zadania z pełną świadomością, dodając do Aniołów własną charyzmę, mimikę i ruch sceniczny. Słowo-klucz dla przedstawienia Małgorzaty Bogajewskiej to spokój. Akcja toczy się powoli, każdej kolejnej odsłonie opowieści towarzyszy chwilowy mrok, przestawianie scenografii itd. Na scenie nie ma przesadnego tłoku - bohaterowie mają miejsce i czas na uważne zagranie każdej sceny. Magiczna historia o miłości, śmierci, szaleństwie, tolerancji i wielu, wielu innych aspektach płynie z krakowskiej sceny bez politycznego bagażu. To bardzo mądre posunięcie ze strony twórców, gdyż wpisywanie się w polsko-polską wojenkę spod znaku tęczy i innych kolorów deprecjonowałoby wagę spektaklu.

Anioły w Ameryce to duże wyzwanie aktorskie. Mnogość scen, zwielokrotnienie niektórych postaci wymusza na występujących ciągłą uwagę, zmianę repertuaru gestów, ruchu i sposobu mówienia, w zależności od bohatera jakiego grają. Na szczególną uwagę zasługuje rola Roya, której Piotr Pilitowski nadał własny kształt lawirując gdzieś między rekinem biznesu a kryjącym się za maską, zrozpaczonym, samotnym człowiekiem. Najbardziej znana z utworu Kushnera ekstrawagancka Harper, w wykonaniu Anny Pijanowskiej urzeka prostodusznością, wzbudzając w widzach autentyczne współczucie dla jej obłąkania.

Jeśli pokusić się o porównania, to sceny chwytające za serce, zwłaszcza mające miejsce w szpitalu, są dużo ciekawsze od tych mających wywołać śmiech. Świat stworzony przez scenografkę Joannę Jaśko-Srokę nie jest przepełniony queerowym blichtrem, na próżno szukać w nim brokatu i pończoch. To raczej brudna, szara rzeczywistość, którą od czasu do czasu ktoś próbuje rozjaśnić kolorowym kostiumem bądź ekstrawagancką peruką. Nawet arktyczne wizje Harper w zestawieniu z całą resztą wydają się być wyjątkiem potwierdzającym regułę: wobec wszechogarniającego zła (w utworze chodzi o amerykańską epidemię AIDS lat 80.) jesteśmy zdani tylko na siebie. Człowiek sam musi zmierzyć się ze swoimi demonami.

Anioły w Ameryce, kontestujące politykę Ronalda Reagana, dziś odczytujemy jako głos wykluczonych poza nawias, niemieszczących się w konserwatywnej wizji państwa i narodu. Unikając publicystyki, twórcy z Teatru Ludowego pozostawili takie wnioski samym widzom - do nich należy przetransponowanie historii nowojorskich gejów na Polskę Anno Domini 2019. Z drugiej strony jeśli odrzucić polityczny klucz do spektaklu - przedstawienie broni się jako solidnie zrealizowana historia o miłości, nieważne jakiego koloru, wyznania czy orientacji.

_____

 

12.12.2019
Teatr dla wszystkich
Joanna Reba

(NIE)TYLKO W AMERYCE

 

Premiera "Aniołów w Ameryce" Małgorzaty Bogajewskiej przypadła na drugi dzień Boskiej Komedii, tak więc spektakl miał szansę pojawić się także w ramach krakowskiego festiwalu z przedpremierowym pokazem, wpisując się jednocześnie w sekcję Purgatorio.

"Anioły w Ameryce. Gejowska fantazja na motywach narodowych" Tony'ego Kushnera to tekst wyjątkowo bogaty nie tylko - jak wskazuje podtytuł - w wątki narodowościowe i gejowskie, ale także dużo bardziej uniwersalne, odnoszące się do ludzkiej psychiki i wrażliwości. Właśnie z tego powodu dramat jest po trzydziestu latach nadal aktualny i to nie tylko w realia Ameryki. Bo pomimo, że w "Aniołach "dużo się mówi o polityce i surowych czasach za konserwatywnej prezydentury Ronalda Reagana, a bezduszny prawnik Roy stwierdza przy każdym zaskakującym go zjawisku "Niesamowite! Tylko w Ameryce", to jednak bogactwo dramatu daje się wpisać w każdy obraz społeczeństwa, w którym występują mniejszości seksualne, narodowościowe, konflikty normatywne, dyskryminacja czy też piętno choroby.

W reżyserii Bogajewskiej spektakl zachował dużo ze swego pierwotnego kształtu, humoru, uszczypliwości i dosłowności. Harper (Anna Pijanowska) to uzależniona od leków, nieszczęśliwa dziewczyna, która coraz bardziej odkleja się od rzeczywistości. Jej mąż Joe (Wojciech Lato) też nie radzi sobie lepiej, gdyż jego tłumiona orientacja homoseksualna stoi w sprzeczności z zawodem prawnika i zdyscyplinowaną tożsamością Mormona. Jego pracodawca Roy (Piotr Pilitowski) to również prawnik i również gej, ale do tego stary wyjadacz, który ze swoimi najgorszymi demonami ucina sobie pogawędki. Z kolei Prior (Piotr Franasowicz) i Louis (Karol Polak) dalecy są od wyidealizowanej kochającej się pary - przypominają studium ludzkiej relacji, którą rozkłada - w przenośni i dosłownie - choroba AIDS. Anioł (Weronika Kowalska) nawiedzający Priora to zjawisko równie nieokreślone, co u Kushnera, z jednej strony wyczekiwane i upragnione, wcielenie pięknego głosu i proroczego objawienia, a z drugiej strony niepokojąca zapowiedź zniszczenia.

Postacie stworzone na scenie przez świetny i zgrany zespół Teatru Ludowego zdają się być tak samo z krwi i kości, jak postaci wpisane w sztukę Tony'ego Kushnera, tym bardziej, że Bogajewska nie dystansując się od oryginalnego tekstu, wzbogaca swoją adaptację "Aniołów" w kilka nowych i interesujących obrazów, które świetnie kierunkują sceny, nadają im wyrazisty ton, bezpośredniość lub ironię.

Trzeba przyznać, że bardzo dobrze spisuje się w tym zadaniu scenografia Joanny Jaśko-Sroki. I tak oto mamy na scenie magiczną, wielofunkcyjną lodówkę, która naprzemiennie wypełniona jest Coca-Colą, lekiem na AIDS, czy stanowi wejście, przez które przedostają się do rzeczywistości halucynacje oferujące luksusowe podróże lotnicze. Istny American Dream. Z kolei szczęśliwe miejsce Harper, czyli Antarktyda, to świat pełen kołyszących się drobnym krokiem aktorów przebranych za pingwiny i zwieszających się z sufitu kiczowatych świątecznych łańcuchów. Świetnie kierunkująca jest również scena, w której Joe opowiada swojej żonie o fascynacji obrazem Jakuba walczącego z aniołem. Ta walka przeradza się szybko w jego własne zmaganie z drugim męskim ciałem, które stoi na granicy erotyki i psychomachii - wycieńczającej dla Joego i niepojętej dla Harper.

Fakt, że Bogajewska nie obciążyła spektaklu nadmierną ilością wątków polityczno-narodowościowych Ameryki lat osiemdziesiątych, które mogłyby okazać się obojętne polskiej widowni, wydaje mi się dobrą decyzją. Tym bardziej, że artyści Teatru Ludowego najwyraźniej postawili na to, co w tekście Kushnera może oddziaływać w szerokim kontekście, tzn. na dyskusję o tolerancji, wrażliwości i tożsamości, która wydaje się być potrzebna niezależnie od czasu i miejsca. Nic więc dziwnego, że spektakl kończy się nie "proroczo-mesjanistycznym" epilogiem przewidzianym przez Tony'ego Kushnera, a sceną, w której Harper wznosi się w podróży lotniczej w kierunku upragnionej warstwy ozonu, gdzie nie może dosięgnąć jej żaden z nierozwiązywalnych problemów rzeczywistości.

____

11.12.2019
ONET KULTURA
Dawid Dudko

 

"ANIOŁY W AMERYCE” NA FESTIWALU BOSKA KOMEDIA W KRAKOWIE: TO NIE JEST KRAJ DLA SŁABYCH LUDZI. 

 

Najsłynniejszy gejowski dramat powraca. Za nami premiera na festiwalu Boska Komedia. W Teatrze Ludowym w Krakowie dyrektorka Małgorzata Bogajewska wystawiła "Anioły w Ameryce" Tony'ego Kushnera. Przedstawienie jest tylko dla dorosłych. Ale czy też dla tych, nazywających dziś walkę o równe prawa "tęczową zarazą", "ideologią, która zawładnęła ludzkimi umysłami", a HIV i AIDS problemami przeszłości?

Małgorzata Bogajewska po spektaklu dyplomowym, zrealizowanym w tym roku ze studentami Filmówki, znowu przeniosła na scenę "Anioły w Ameryce", znowu mierząc się z legendami - świetnym dramatem Tony'ego Kushnera, genialnym miniserialem Mike'a Nicholsa z Alem Pacino i Meryl Streep i wybitną, wznawianą do dziś, inscenizacją Krzysztofa Warlikowskiego. Choć reżyserka zapewne wolałaby uniknąć porównań, te nasuwają się same. Zwykle na niekorzyść dla jej przedstawienia.

"O miłości w czasach zarazy" - opisuje swoją najnowszą premierę Teatr Ludowy. Oto jesteśmy w momencie, gdy wśród Amerykanów dominują homofobiczne uprzedzenia, epidemia AIDS zbiera śmiertelne żniwo, a rządy sprawuje ultraprawicowy Ronald Reagan. Ale sztuka nagrodzonego Pulitzerem Tony'ego Kushnera, określana przez niego "gejowską fantazją na motywach narodowych", to nie tylko opowieść o gejach z Nowego Jorku, zaszczutych przez populistów-hipokrytów. To też obraz amerykańskiego mitu, skorumpowanej władzy, lęku przed nowym milenium i szukania duchowości. Czy tytułowe anioły naprawdę istnieją, czy są tylko wizją umierającego bohatera? Kushner nie daje odpowiedzi, Bogajewska, na szczęście, również.

W chłodnej scenografii Joanny Jaśko-Sroki (czerwone fotele, łazienkowe akcenty) nad głowami bohaterów pojawia się Anielica (Weronika Kowalska), nucąc przy tym amerykańskie szlagiery, do których nieraz przewidziano grupowy taniec (choreografia Maćko Prusaka).

Narkotyczne majaki uzależnionej od valium Harper (kolejna, po "Hańbie" Marcina Wierzchowskiego, dobra rola Anny Pijanowskiej), przeplatają się ze studium rozpadu gejowskiego związku (mało wiarygodni jako para kochanków Karol Polak - Louis; Piotr Franasowicz - umierający na AIDS Prior), z losami kryptogeja-mormona Josepha (Wojciech Lato) i jego zlęknionej matki (Beata Schimscheiner). Jest też ziejący nienawiścią, wpływowy homofob Roy, który tak się składa, też cierpi na TĘ chorobę, ale broń Boże ją przy nim nazywać (na granicy szarży Piotr Pilitowski), a także duch skazanej na krzesło elektryczne za szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego Ethel Rosenberg (świetna Jagoda Pietruszkówna).

"To opowieść o tym, jaka jest cena prawdy, wolności i indywidualizmu, która okazuje się boleśnie aktualna szczególnie dziś, szczególnie w Polsce" - przekonywała przed premierą Małgorzata Bogajewska. Ale w praktyce jej spektakl nie sprawdza się jako komentarz do polskiej rzeczywistości, w której geje, lesbijki i osoby transpłciowe zaczynają (znowu) bać się wychodzić na ulice. Bogajewska pokazuje postaci i sceny, według klasycznego, sprawdzonego wzoru. To właśnie przewidywalność, a nie nierówne aktorstwo, najbardziej osłabia przedstawienie. Wszystko już gdzieś widzieliśmy, wszystko już znamy. Z wcześniejszych, lepszych wersji.

Nowe "Anioły w Ameryce", jak na prawdziwą (gejowską) epopeję narodową przystało, są rozciągnięte w czasie - trwają ponad cztery godziny, czyli niewiele mniej, niż serial Nicholsa i spektakl Warlikowskiego. Bogajewskiej nie udaje się jednak zbudować napięcia na tyle, by utrzymać przez tak długi czas uwagę widzów. Może przez zbyt urywane sceny, może przez nagromadzenie atrakcji, które z czasem, zamiast ekscytować, nudzą, zwłaszcza w pierwszej, mniej udanej części. Najlepiej, bo mniej powierzchownie, wypadają najprostsze sceny (rozmowy umierającego Roya z duchem Ethel, końcowy monolog Harper). Inne cierpią na grzech przepychu.

"To nie jest kraj dla słabych ludzi" - mówi Roy, tłumacząc, dlaczego nie opłaca się "żyć na społecznym marginesie", czyli być jawnym homoseksualistą. Po "Aniołach w Ameryce" w Teatrze Ludowym nie wiadomo, jak zmienić homofobiczny kraj. Nie sądzę też, by po spektaklu przybyło tych, którzy będą chcieli podjąć tą nierówną walkę.

____

09.12.2019

Co Na Scenie- Nowy Wymiar Teatru

Paweł Budziński

 

MĘŻCZYŹNI TEŻ PŁACZĄ

 

- „Boję się.”

- „Nie mów tak, musisz trzymać fason.”

Lecz jak trzymać fason, patrząc śmierci prosto w oczy? Jest rok 1985, a Stany Zjednoczone, podobnie jak inne kraje, opanowuje „Rak Gejów”. Ten okres i temat epidemii AIDS, był wykorzystywany niejednokrotnie w kinie i telewizji. Jedne z najważniejszych tytułów do których warto się odwołać, to „Dom Chłopców” oraz skandynawski mini serial „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek”. Podejrzewam, że spektakl „Anioły w Ameryce”, nie jest pierwszą sytuacją, kiedy to teatr sięga po to zagadnienie, ale z pewnością powinien zostać uznany za jeden z najważniejszych głosów w tej sprawie. 

Od dłuższego czasu jestem przekonany o tym, że Ludowy jest najlepszym repertuarowo teatrem w Krakowie i zastanawiam się czy również nie w Polsce. Zwłaszcza Scena Pod Ratuszem. Może jeszcze czasem na małej scenie Bagateli, przy ul. Sarego, pojawi się wartościowy tytuł, jednak poza tym, w tym „teatralnym” mieście, nie ma obecnie czego oglądać. 

Teraz do Sceny Ratuszowej dołączyła Duża, bo to właśnie na niej grane są „Anioły…”. Aranżacja przestrzeni jest kolejnym elementem spektaklu, zasługującym na gromkie brawa, rzadko bowiem udaje się tak zagospodarować dużą przestrzeń, aby nie pochłaniała emocji, nie utrudniała odbioru, zwłaszcza w przypadku takim jak ten – kiedy to emocje i relacje mają wybrzmieć najbardziej.  

Rzadko zdarza się, aby uwierzyć wszystkim aktorom grającym w spektaklu, a tutaj tak właśnie było. Nie zmienia to faktu, że pewne nazwiska wysuwają się na pierwszy plan, choć wcale nie grały pierwszych skrzypiec. Dla mnie przede wszystkim Piotr Franasowicz, który stworzył wspaniałą relację z Karolem Polakiem. Obaj zmierzyli się z trudnymi rolami i żaden nie poległ. Nie można też zapomnieć o Piotrze Pilitowskim, który dla mnie prywatnie okazał się w tym spektaklu dużym zaskoczeniem. Byłem szczerze rozbawiony i głośno reagowałem, kiedy po raz pierwszy pojawił się na scenie, ponieważ takiego go jeszcze nie widziałem i choć miałem w głowie obraz Friedmana, to błyskawicznie o nim zapomniałem, dając się porwać nowemu bohaterowi, który to bawił, to budził niechęć, żeby zaraz złapać za serce.  

Można wierzyć lub nie, ale idę o zakład, że homoseksualizm i wybuch epidemii AIDS, stanowi dla Bogajewskiej pretekst do tego, aby po raz kolejny opowiedzieć o ludziach; pod powierzchnią kryją się tu zawiłe międzyludzkie relacje, lęk przed śmiercią, miłość zestawiona z egoizmem. Oglądamy proste sceny, płacząc i śmiejąc się na przemian. Oczywiście można by wziąć do ręki nożyczki i z 4 godzin zrobić chociażby 3; mimo to, błędem byłoby stwierdzenie, że spektakl się dłuży. Zwłaszcza, że Bogajewska bardzo sprawnie żongluje naszymi uczuciami: raz prostymi scenami o ludziach, by zaraz porwać nas w oniryczną podróż i na koniec zostawić z refleksją, czy raczej prawdą o całym naszym gatunku. 

Twórcy

przekład: Jacek Poniedziałek
reżyseria: Małgorzata Bogajewska
scenografia: Joanna Jaśko-Sroka
muzyka i aranżacje: Bartłomiej Woźniak
choreografia: Maćko Prusak
reżyseria światła: Dariusz Pawelec
przygotowanie wokalne: Jerzy Kluzowicz
konsultacje z zakresu kultury żydowskiej: Michał Pabian
asystent reżysera: Anna Pijanowska
inspicjent: Anita Wilczak-Leszczyńska
sufler: Martyna Rezner
MUZYCY:
Michał Braszak / Maksymilian Kowalski - kontrabas
Michał Peiker / Michał Balicki / Gertruda Szymańska – perkusja
Jan Kusek / Łukasz Mazur - instrumenty klawiszowe.

Obsada

Najbliższe spektakle

08 lut 2020 - 18:00 (sb)
Kup bilet
09 lut 2020 - 17:00 (nd)
Kup bilet